Ciąg dalszy historii

— Nie mam gdzie mieszkać — wydusił Marcin. Słowa zawisły w powietrzu jak ciężka, lepka chmura. Elżbieta gwałtownie się odwróciła. — Marcin! — Co „Marcin”? — wybuchł. — Mamo, wystarczy! Zofia wróciła do męża. Łukasz złożył na mnie zawiadomienie. Musiałem się zwolnić. Straciłem wszystko. Anna patrzyła na niego bez cienia triumfu. Tylko zmęczenie. — Wszystko? — powtórzyła cicho. — Wszystko straciłeś dwa lata temu. Kiedy wyniosłeś z tego mieszkania pralkę i moje biurko. Kiedy siedziałam na podłodze i nie rozumiałam, jak można tak zimno wykreślić człowieka. — Byłem zaślepiony — wyszeptał. — Nie — Anna pokręciła głową. — Byłeś pewny, że zawsze masz plan awaryjny. Że będę czekać. Wybaczę. Wpuszczę cię z powrotem. Elżbieta wstała. — Anno, bądź rozsądna. Małżeństwo to nie gra. Ludzie popełniają błędy. — Popełniają — zgodziła się Anna. — Ale nie wywożą mieszkania ciężarówką. Nie składają pozwu rozwodowego przez telefon. Nie wracają po dwóch latach, gdy kochanka zatrzasnęła drzwi. Marcin zrobił krok w jej stronę. — Mogę wszystko oddać. Pieniądze, meble… Mogę zacząć od nowa.
Uśmiechnęła się spokojnie, prawie łagodnie. — Niczego nie możesz oddać. Kupiłam nowe meble. Nowy sprzęt. I nowe życie. Bez ciebie. Spuścił wzrok. — Naprawdę nie mam dokąd pójść. Anna podeszła do komody, otworzyła szufladę i wyjęła teczkę. — Proszę, dokumenty — podała mu. — Wyrok sądu. Pamiętasz, że próbowałeś odebrać mi mieszkanie? Sąd potwierdził: należy do mnie. I jeszcze jedno — pokwitowanie od firmy przeprowadzkowej. Zachowałam je. Jeśli zechcę, mogę dochodzić zwrotu za wywiezione rzeczy. Elżbieta zbladła. — Nie odważysz się… — Odważę się, jeśli będzie trzeba — odpowiedziała spokojnie Anna. — Ale nie chcę wojny. Chcę spokoju. Marcin przesunął dłonią po twarzy. — Anno… daj mi szansę. Spojrzała na niego długo. Przypomniała sobie, jak kiedyś wierzyła w każde jego słowo. Jak planowała dzieci. Jak wybierała tapety. Jak płakała w pustym mieszkaniu. I nagle zrozumiała — w środku nic już nie drży. — Miałeś swoją szansę — powiedziała cicho. — Sześć lat. I jeszcze jedną — w dniu, kiedy mogłeś powiedzieć prawdę. Wybrałeś inaczej. Stał, jakby czekał, że zmieni zdanie.