Ciąg dalszy historii
— Teraz… zaraz do niej zadzwonię, skończę z tym! Przy tobie! Emma odwróciła się. — Za późno — powtórzyła. — Nie da się przywrócić tego, co umarło. Wyszła z pokoju, zostawiając za sobą ciszę, od której dzwoniło w uszach. *** Następne dni były dla Aleksandra torturą. Nie spał, nie jadł, siedział wśród ciszy, otoczony resztkami dawnego życia: kubkiem Emmy w kwiatki, jej szalikiem na fotelu, zapachem perfum w korytarzu. Dzwonił do niej dziesiątki razy — nie odbierała. Pojechał do Izabeli. Otworzyła drzwi z lekkim uśmiechem, ale kiedy go zobaczyła, zmarszczyła brwi. — Alex? Co się dzieje? Jesteś taki… blady. — Wszystko się skończyło. Emma się dowiedziała. — powiedział cicho, jakby cudzym głosem. — Wie wszystko. Absolutnie wszystko. Izabela milczała przez dłuższą chwilę, potem westchnęła: — Mówiłam ci przecież… tak się nie da. To musiało się kiedyś stać. Zrobił krok w jej stronę, ale ona się cofnęła. — Alex, przestań. Mam już kogoś innego. Przykro mi. Zastygł. W środku poczuł pustkę, która stała się niemal fizyczna. Wyszedł, nie zamykając drzwi, przeszedł przez ciemny korytarz i po raz pierwszy od trzech lat poczuł, że nie ma dokąd pójść.
*** Minął miesiąc. Rozwód podpisany. Emma już do niego nie pisała – tylko prawnik lakonicznie, rzeczowo informował o kolejnych etapach. Dom, kiedyś ciepły i pełen życia, teraz stał prawie pusty, z jedną sypialnią, z której zniknęło to, co najważniejsze. W tych dniach często łapał się na myśli, że jego życie zrujnowało nie samo zdradzenie, lecz przekonanie, że kłamstwo można odłożyć „na potem”. Ale kłamstwo, jak trucizna, nie czeka. Pewnego wieczoru wrócił późno. Za oknem padał deszcz, a w odbiciu szyby zobaczył czyjąś sylwetkę — kobietę z parasolem. Serce na chwilę drgnęło — Emma? Nie, tylko sąsiadka. Włączył światło. Na stole leżała biała koperta. Nie od prawnika – zwykła, z jej pismem. „Alex. Nie mam do ciebie żalu. Każdy dostaje to, do czego dążył. Powodzenia.” Kartka była krótka, ale każde słowo cięło jak ostrze. Długo siedział, trzymając delikatny papier w dłoniach. Potem, ostrożnie, jak coś świętego, złożył ją i schował do szuflady. Bo po raz pierwszy od wielu lat zrozumiał: już za późno, by odzyskać to, co było prawdziwe. I żadne „przepraszam” nie uratuje tego, kto zbyt długo nie słuchał ciszy wokół siebie.