
Edward nie odpowiedział. Spojrzał tylko obok niej — tam, gdzie pod jabłonią, na jej połamanych gałęziach, wisiały jeszcze zeszłoroczne karmniki dla ptaków. Blaszane, ponumerowane, starannie wykonane. Robił je razem z Łukaszem. Klara zauważyła jego wzrok i nerwowo się uśmiechnęła: — Och, to przez to drzewo? Było stare, i tak by padło. Posadzimy nowe, niech się pan nie martwi. Słowa spływały po nim bez echa. Przeszedł obok niej, w stronę werandy i powiedział cicho: — Muszę zabrać swoje rzeczy. Tabletki. Klara westchnęła, ale się odsunęła. wszedł do domu. Powietrze było duszne — zapach perfum, alkoholu, taniego dymu. Ktoś śmiał się w drugim pokoju. W korytarzu, gdzie niegdyś wisiały zdjęcia rodzinne, pozostały tylko puste gwoździe i ślady po ramach. Włączył światło. Pokój, w którym kiedyś po nocach kładł podłogę, dumny i silny, teraz był zawalony walizkami, ubraniami, obce, nie jego. — Wezmę i pójdę, — szepnął do siebie, wyciągając z szafy małe pudełko z lekami.