
Minął tydzień. Poranek w środę zapowiadał się zdradliwie spokojnie — zapach świeżej kawy, lekka mgła za oknem. Anna miała nadzieję, że chociaż dziś dzień będzie jej. Ale telefon znów zadzwonił. — Daniel mówił, że jesteś w domu — oznajmiła wesoło Maria. — Muszę pilnie do lekarza, a nie mam z kim zostawić dzieci! Anna przymknęła oczy. — Mam dziś trzy rozmowy kwalifikacyjne, zebranie… — Ale przecież tylko siedzisz przy komputerze! — machnęła ręką Maria. — Pobawią się spokojnie. Po czterdziestu minutach Krzyś i Sara już siedzieli w jej kuchni z ciastkami. Maria zniknęła, obiecując wrócić do drugiej. — Ciocia Aniu, a mogę na konsoli? — zapytał Krzyś, sięgając do gniazdka. — Nie — powiedziała ostro. — Zaraz mam spotkanie. Włączcie bajki i bądźcie cicho. Ale cisza nie trwała długo. W trakcie rozmowy na Zoomie rozległ się huk. Sara płakała. Krzyś stał ze spuszczoną głową — zrzucił ramkę ze zdjęciem ślubnym. Szkło w drobnych kawałkach. Sok na sukience dziewczynki. — Przepraszam, chwilkę — wydusiła Anna do kamery. Kandydat spojrzał ponuro: „Widzę, że ma pani bardzo… rodzinną atmosferę” — powiedział i szybko zakończył rozmowę. Jedno spotkanie stracone. Do południa Maria się nie pojawiła. Do drzwi zapukała sąsiadka — pani Elżbieta, sucha, surowa kobieta o bystrych oczach, którym nic nie umykało. — Anno, wszystko w porządku? Tak głośno, jakby tu przedszkole otwarto. — To dzieci mojego szwagra — rzuciła niezręcznie Anna z uśmiechem. — Rodzice powinni sami wychowywać swoje dzieci — stwierdziła ostro pani Elżbieta. — Kiedyś tak właśnie było. Anna kiwnęła głową.