
Anna zmrużyła oczy i powoli wstała od stołu. Krzesło skrzypnęło cicho, jakby ostrzegało przed nadchodzącym. Podeszła do okna i spojrzała na deszcz — cienkie strugi spływały w dół, jakby ktoś z góry rozmywał linię horyzontu. — Wiesz, Małgorzato — zaczęła spokojnie, lecz w jej głosie brzmiała stal — możesz uważać swój pomysł za świetny. Ale moje mieszkanie to nie moneta do wymiany. Mój dziadek wierzył, że człowiek musi mieć miejsce, do którego zawsze może wrócić i być sobą. Dla mnie tym miejscem jest właśnie to. — Odwróciła się w jej stronę. — A twoją córkę wystarczająco często widuję na rodzinnych spotkaniach. I, wybacz, to mi w zupełności wystarczy. Małgorzata zacisnęła usta, po czym zmieniła ton na łagodny, ale przez to jeszcze bardziej jadowity: — Aniu, ja tylko troszczę się o was. Chciałam, żebyście żyli jak prawdziwa rodzina, a nie każde osobno! Krzysztof wreszcie uniósł wzrok — spojrzenie miał zagubione, jak człowiek przyłapany między dwoma światami. — Aniu, może nie trzeba tak ostro? Mama tylko… — Stop — przerwała mu Anna. Jej głos był pewny. — Bez „mama tylko”. Nie chcę ani kłótni, ani scen. Ta rozmowa jest skończona. Na zawsze. Małgorzata wstała, zabrała torebkę, poprawiła płaszcz i powiedziała cicho: — No cóż.