
— „Właściwie, proszę państwa, zawsze lubiłam rodzinne kolacje. Zwłaszcza te, na których przy jednym stole można usłyszeć tyle obłudnych uśmiechów” — zaczęłam, spokojnie lustrując wszystkich wzrokiem. Cisza zrobiła się tak gęsta, że słychać było, jak ktoś nieporadnie stawia kieliszek na brzegu stołu. Marek znieruchomiał. Jego uśmiech zniknął. Pani Helena zaskoczona uniosła lekko brodę — po raz pierwszy widziałam, jak traci kontrolę. — „Co… ty…?” — zaczął Marek, ale przerwałam mu. — „Tak, Marku. Wszystko rozumiem. Każdy szept, każde twoje słowo, każdą złośliwość twojej rodziny przez te sześć miesięcy. Słuchałam. Teraz wasza kolej.” Odłożyłam kieliszek. Moje palce nie drżały. Wręcz przeciwnie — ogarnął mnie rzadki spokój. — „Kiedy pierwszy raz przyszłam do waszego domu, Helena powiedziała, że jestem ‘zbyt zwyczajna’. Wtedy pomyślałam, że po prostu jest bezpośrednia. Ale teraz widzę: prostota nie leży we mnie.” Katarzyna spłonęła rumieńcem i spuściła wzrok na talerz. Marek próbował coś powiedzieć, lecz jedyne, co mu się wyrwało, to niezręczne: — „Musisz zrozumieć, to tylko żarty…” — „Żarty?” — przechyliłam głowę. — „Obraźliwe słowa, pogarda, rozmowy o moim głosie, ubraniu, manierach — to żarty?