Ciąg dalszy historii
Marek szeptał coś o diable, Robert bełkotał o klątwie. Ich oczy uciekały po ścianach, lecz żadnego wyjścia już nie było. Wtedy Jan zrobił krok w ich stronę. Jego postać zaczęła się rozmywać, ale głos pozostał mocny i klarowny: — Zapamiętajcie. Są rzeczy, których nie wolno tknąć. Dom zbudowany z miłości należy nie tylko do żywych. Po tych słowach światło zgasło. Gdy Małgorzata znów otworzyła oczy, jej intruzi leżeli przy drzwiach nieprzytomni. Policja, wezwana przez sąsiadów, znalazła ich dopiero rano. Bełkotali coś o duchu i niewidzialnych rękach, które ich dusiły. Nikt im nie uwierzył. Małgorzatę zabrano do szpitala. Przez kilka dni nie była w stanie mówić. Dopiero pewnego ranka, patrząc przez okno na swój dom, wyszeptała: — Dziękuję, Janie… Wiedziałam, że mnie nie zostawisz. Po wypisie wróciła do domu. Stał nienaruszony, jakby nic się nie wydarzyło. Tylko na starej rodzinnej fotografii – tam, gdzie twarz Jana wyblakła z czasem – teraz wyglądała świeżo, jak zrobiona wczoraj. Tej nocy Małgorzata obudziła się, słysząc ciche skrzypnięcie podłogi. Ktoś powoli przeszedł przez korytarz, jakby sprawdzał, czy wszystko w porządku. Kobieta uśmiechnęła się przez sen i wyszeptała: — Dobranoc, mój domu. Od tej pory nikt więcej nie próbował tam wkroczyć. Mówiono, że bandyci wyjechali gdzieś daleko i już się o nich nie słyszało. A stary dom Małgorzaty nadal stał dumnie, mocny jak dawniej, a przypadkowi przechodnie czasem twierdzili, że widzieli w oknie sylwetkę mężczyzny stojącego obok kobiety przy kominku.