
…syrena przeciwpożarowa zawyła na całym piętrze. Pacjentów zaczęto natychmiast ewakuować. Dym snuł się nisko, szczypał w oczy. Biegłam z Leonem w ramionach, przytulając go do siebie, a Max szedł obok — napięty, ale spokojny, jakby rozumiał, że teraz wszystko zależy od niego. W korytarzu panował chaos — lekarze i pielęgniarki krzyczeli, ktoś kaszlał, ktoś płakał. Mały Leon cicho jęknął we śnie, jego oddech stał się głębszy. Przysięgłabym, że mimo tego całego strachu jego paluszki po raz pierwszy od trzech dni lekko ścisnęły mój palec. Prawie się rozpłakałam, ale się powstrzymałam. — Emilio! — usłyszałam głos Klary. — Tędy, szybko! — machała mi przy wyjściu ewakuacyjnym. Wybiegłyśmy na dziedziniec. Z tyłu było dobrze widać, jak z okna naszej sali lecą iskry. Tam, gdzie wcześniej stała aparatura Leona, teraz kłębił się dym. Doktor Lambert wybiegła za nami. Jej biały fartuch był brudny, włosy w nieładzie, ale w oczach nadal czaiła się chłodna determinacja. Chciała coś powiedzieć, lecz Max warknął, stając między nami. Ten niski, groźny dźwięk przeszył ją na wskroś. Strażacy przyjechali błyskawicznie. W dziesięć minut pożar został opanowany. Techników było pełno — sprawdzali sprzęt, spisywali raporty.