
Z koperty wysunęła się cienka teczka dokumentów i pendrive. Razem wyglądały niewinnie, ale w powietrzu unosiło się napięcie, jak przed burzą. Marek zacisnął palce, jakby poczuł metaliczny smak w ustach. – Co to za teatr? – zapytał po chwili. Jego oczy były wąskie, pozbawione dawnej pewności siebie. Zostało tylko niezrozumienie i strach. Patrzyłam na niego w milczeniu. Zofia podniosła jeden z arkuszy. Jej wzrok sunął po linijkach: wydruki przelewów, podpisy, pieczęcie. Imię jej syna. Daty. Dowody ułożone precyzyjnie i bezlitośnie, jak chirurgiczne cięcie. – To… – zaczęła, ale głos jej zadrżał. – To prawda – powiedziałam. – I wszystko jest nagrywane. Także to, co powiecie teraz. Skinęłam głową w stronę czarnego telefonu pod kredensem. Zofia spojrzała w tamtą stronę, a ja widziałam, jak w jej idealnym makijażu pojawiła się pierwsza rysa pewności. Marek oparł się o oparcie krzesła. – Nie rozumiesz – wyjąkał zachrypniętym głosem. – Da się to wszystko załatwić. Ja… byłem wściekły. Nie chciałem… – Zawsze chciałeś – przerwałam cicho. – Po prostu myślałeś, że możesz wszystko. Zapadła cisza. Słychać było tylko dźwięk kieliszka uderzającego o blat. Jego matka krzyknęła. Wstałam. Mówienie stało się dziwnie łatwe.