Ciąg dalszy historii
— Ona nie jest zła, wiesz. Po prostu… inaczej nie potrafi. — A ty potrafisz? — zapytała cicho, ale stanowczo. Spojrzał na swoje dłonie. — Próbuję. — To już coś, — powiedziała. — Ale nie chcę, żeby nasze „my” zawsze znaczyło „nas troje”. Następnego dnia zadzwonił telefon — Zofia. Marta długo patrzyła na ekran, zanim podała słuchawkę Łukaszowi. Ten odpowiedział, przytaknął i powiedział: — Mamo, wszystko dobrze. Musimy… nauczyć się żyć sami. Zofia powzdychała, popytała, czy nie zmarzł, i rozłączyła się. Trzy tygodnie później Marta wracała późnym wieczorem do domu. W mieszkaniu pachniało kawą i świeżymi kwiatami. Na łóżku — już bez kwiecistej narzuty — leżała koperta. W środku klucze i krótka notatka: „Mieszkanie dla mamy. Blisko. Wszystko załatwione”. Marta uśmiechnęła się po raz pierwszy od dawna. Cicho weszła do kuchni, gdzie Łukasz kroił cytrynę do herbaty. Spojrzał na nią pytająco: „Nie jesteś zła?” Podeszła, objęła go za ramiona i powiedziała: — Nie. Teraz naprawdę jesteś moim domem. A za oknem, za cienką firanką, powoli padał śnieg — jakby ktoś z westchnieniem odwracał stronę nowego, bardziej szczerego rozdziału ich życia.