
…Następnego wieczoru wyjęłam walizkę z pawlacza. Tę samą. I postawiłam ją pośrodku sypialni. – Co robisz? – Marcin stanął w drzwiach. Twarz napięta, jak przed burzą. – Pakuję się – powiedziałam spokojnie. – Jutro urlop, pamiętasz? – i zaczęłam składać rzeczy: sukienkę, sandały, strój kąpielowy. Bez pośpiechu. Milczał chwilę, potem podszedł bliżej. – Jednak zdecydowałaś się lecieć? – Tak. – Zasunęłam zamek. – Pojadę choć na tydzień. Bez firanek, bez cudzych garnków i bez ciągłego „musisz”. Marcin ciężko westchnął. Przeszedł się po pokoju. – A mama? – Mama da sobie radę. Jest silna kobieta. Sam to mówiłeś. I po raz pierwszy od siedmiu lat nie znalazł słów na odpowiedź. *** Na dworcu powietrze było gęste od upału i rozmów przy walizkach. Alicja, podskakując, trzymała mnie za rękę. Marcin nie przyjechał – „musi pomóc mamie przy kolacji”. Nie zdziwiło mnie to. Kiedy pociąg ruszył, patrzyłam przez okno i czułam dziwne uczucie: nie radość, raczej lekkość. Jakbym sobie przypomniała, że potrafię oddychać. Spędziłyśmy z Alicją osiem dni w Trójmieście. Morze jak z marzeń, nocne spacery, owoce na śniadanie i ani jednego telefonu z domu. Dziewiątego dnia jednak zadzwonił. – Gdzie ty jesteś? – głos rozdrażniony, jakbym popełniła zdradę.