Ciąg dalszy historii
– Na plaży. – Hanno, wrócisz? – Wrócę. Kiedy ja zdecyduję – odpowiedziałam. I rozłączyłam się. Potem już nie dzwonił. Tylko Alicji pisał krótkie wiadomości: „Uczysz się?” — „Pomagaj mamie”. Wróciłam po dwóch tygodniach. Halina wciąż była w naszym mieszkaniu. Siedziała w fotelu przy oknie, na poduszkach z moimi miodowymi poszewkami — nie zdjęła ich. Widocznie postanowiła zostawić. – Przyjechałaś – powiedziała chłodno. – No i co, odpoczęłaś? – Bardzo – odpowiedziałam z uśmiechem. Marcin stał w drzwiach, patrzył, jak wymieniamy zdania. Zgarbiony, jak dawniej. – Hanno, porozmawiamy? – powiedział później, gdy ona poszła do kuchni. Usiedliśmy. Milczał długo, potem wreszcie: – Nie myślałem, że to się tak pogorszy. Że tak źle ci z nią. – Nie chciałeś myśleć, Marcinie. Tak było wygodniej. Odwrócił wzrok. Potem po raz pierwszy od dawna spojrzał znowu. – Może powinniśmy się wyprowadzić? Nie wiem, jak to naprawić. Patrzyłam na niego i zastanawiałam się: czy chcę jeszcze „naprawiać”? Po siedmiu latach milczenia, ustępstw, zasłon i niekończących się „mama ważniejsza”? – Marcin – powiedziałam spokojnie. – Tego nie da się naprawić. Można tylko zacząć od nowa – bez cudzych zasad.
Nie zapytał, czy razem, czy osobno. Może zrozumiał. *** Tydzień później się wyprowadziłam. Małe wynajęte mieszkanie przy aptece. Białe ściany, zapach świeżej farby i otwarte okna. Alicja przychodziła prawie codziennie po szkole – lubiła tu być: jasno, spokojnie. Czasem widywałam Marcina z daleka – odprowadzał córkę na autobus. Żal? Nie. Raczej dziwne wrażenie, że człowiek, z którym spędziło się prawie dekadę, staje się zamkniętą przeszłością. A pewnego wieczoru zadzwoniła Halina. Głos miała łagodniejszy niż zwykle. – Hanno, znalazłam twoje zasłony… Naprawdę są ładne. Przepraszam, jeśli wtedy… – Nic się nie stało – odpowiedziałam. – Po prostu nie wszystko można przestawiać. Niektóre rzeczy trzeba zostawić na miejscu. Zamilkła. Potem po raz pierwszy od lat powiedziała: – Chyba masz rację. I wtedy zrozumiałam: już nie muszę krzyczeć. Morze wcale się nie odwołało – po prostu czekało, aż odważę się do niego pójść sama.