Świeże owoce.
Wędzony łosoś.
Pierś z kurczaka.
Ser.
Kompoty.
Witaminy.
Świeżo wyciskane soki.
Warzywa.
Wszystko, o co prosiłem.
Wszystko, za co zapłaciłem.
Wszystko, czego potrzebowała Claire.
Ale prawie nic nie było otwarte.
Żadnych garnków na kuchence.
Żadnego jedzenia dla niej.
Nic.
Powoli odwróciłem głowę w stronę mamy.
Skrzyżowała ramiona.
„Kupiłam to do domu”.
Wtedy zrozumiałem.
Kupowała.
Zatrzymywała.
Jadła.
Ukrywała się.
A moja żona żywiła się resztkami.
Boże.
Boże.
Napłynęła we mnie fala gniewu, ręce mi drżały.
„Zostawiłeś ją bez jedzenia?”
„Przestań przesadzać”.
„Właśnie urodziła!”
„I co z tego?” krzyknęła moja mama. „Za moich czasów kobiety nie marudziły, bo były zmęczone!”
Gabriel płakał jeszcze głośniej w sypialni.
Claire próbowała się wyrwać z moich ramion.
Nawet słaba.
Nawet drżąca.
Nawet załamana.
Wciąż chciała biec do swojego dziecka.
Bo matki tak robią.
Nawet gdy nikt się nimi nie opiekuje.
Zniknęła na końcu korytarza.
A ja zostałam sama w kuchni z mamą.
Kobietą, którą szanowałam przez całe życie.
Kobietą, która w tamtej chwili wydawała mi się obca.
„Dlaczego?” zapytałam.