CZĘŚĆ 1
„Ta kobieta nie mogła dać ci dzieci, Santiago. Pogódź się z tym raz na zawsze”.
Słowa wylądowały na marmurowym stole niczym rozbite szkło.
Renata Andrade wypowiedziała je bez podnoszenia głosu, z tą chłodną elegancją, której zawsze używała, gdy chciała zranić, nie brudząc sobie rąk. Stojąc naprzeciwko niej, Santiago Ledesma, właściciel firm budowlanych, hoteli i politycznych przysług w połowie miasta Meksyk, położył widelec na talerzu.
Był żonaty z Renatą od prawie trzech lat. Z zewnątrz wydawali się idealni: dom w Lomas de Chapultepec, kolacje charytatywne, zdjęcia do magazynów, wycieczki do San Miguel de Allende i wyuczone uśmiechy do kamer. Ale w środku tej rezydencji wszystko lśniło zbyt jasno, by ukryć pustkę.
Nie było dzieci.
A ta cisza ważyła więcej niż jakikolwiek skandal.
Przed Renatą Santiago był żonaty z Marianą Ríos, konserwatorką dzieł sztuki, której dłonie były wiecznie umazane farbą, a oczy pełne cierpliwości. Mariana nie pochodziła z wpływowego nazwiska ani wpływowej rodziny. Ale przez jakiś czas Santiago wierzył, że z nią będzie mógł odetchnąć z ulgą.
Potem nadeszły zabiegi, wizyty u lekarza, badania, nieprzespane noce. Mariana w milczeniu obwiniała się. Santiago stał się bardziej odległy. A jego wujek Rogelio, najstarszy doradca rodziny Ledesma, wiedział, jak dodać trucizny do istniejącego bólu.
„Są rzeczy, które kobieta ukrywa, gdy strata fortuny nie leży w jej najlepszym interesie” – powiedział mu pewnej nocy. „Nie bądź naiwny, Santiago”.
Santiago nie krzyczał. Nie uderzył pięścią w stół. Nie skonfrontował się z nią.
Zrobił coś gorszego.
Zaczął patrzeć na nią, jakby Mariana była kłamstwem.
Pewnego deszczowego popołudnia, w kuchni swojego domu w Polanco, powiedział jej, że nie może już dłużej.
Mariana spojrzała na niego czerwonymi oczami, ale nie błagała.
„Naprawdę tego chcesz?”
„Tak” – odpowiedział.
I to słowo wszystko zniszczyło.
Sześć lat później Santiago opuścił prywatną klinikę w Santa Fe, blady na twarzy. Lekarz jasno dał do zrozumienia: nie ma problemu z posiadaniem dzieci. Nigdy nie miał.
Przez całą drogę do domu jedna myśl nie dawała mu spokoju.
To nie była wtedy Mariana.
Tego wieczoru, gdy Renata wydawała kolację dla biznesmenów w głównej jadalni, Santiago poszedł do swojego biura, otworzył zamkniętą szufladę i znalazł pudełko, w którym trzymał pierścionek, który Mariana oddała mu za pośrednictwem swojego prawnika.
Znalazł też zdjęcie z ich ślubu.
Mariana uśmiechała się w popołudniowym świetle, z białymi kwiatami we włosach i pewnością siebie, której nie potrafił chronić.
Następnego ranka zadzwonił do swojego zaufanego detektywa.
„Znajdź Marianę”.
„A co, jeśli nie będzie chciała zostać znaleziona?” zapytał Benjamín, jego prawnik.
Santiago zawahał się przed odpowiedzią.
„To powiedz mi, czy wszystko z nią w porządku”.
Cztery dni później Benjamin wszedł do biura z cienką teczką i poważnym wyrazem twarzy.
„Mieszka w dzielnicy Romów. Prowadzi warsztat konserwatorski”.
Santiago wstał.
„Czy jest mężatką?”
„Nie”.