Film nie był prostą finansową katastrofą
„G.I. Jane” kosztowała około 50 milionów dolarów.
W kinach amerykańskich zarobiła nieco ponad 48 milionów, dlatego jej wynik krajowy uznano za rozczarowujący.
Na świecie wpływy z biletów wyniosły jednak łącznie około 98 milionów dolarów.
Nie oznaczało to automatycznie wysokiego zysku, ponieważ do budżetu produkcyjnego dochodziły koszty marketingu i dystrybucji.
Nie był to jednak również film, którego nikt nie obejrzał.
Określenie go zwykłą klapą nie oddaje całego obrazu.
Moore otrzymała kolejne upokarzające wyróżnienie
Za występ została wskazana przez organizatorów Złotych Malin, nagród przyznawanych najgorszym produkcjom i rolom roku.
Dla wielu widzów i komentatorów była to ocena bardziej związana z ówczesnym sposobem traktowania aktorki niż z samą jakością jej pracy.
Moore znajdowała się w okresie, w którym niemal każdą jej decyzję interpretowano negatywnie.
Jeśli domagała się wysokiej gaży, uznawano ją za chciwą.
Jeśli drastycznie zmieniała ciało do roli, przedstawiano ją jako desperacko szukającą uwagi.
Jeśli film nie stał się wielkim przebojem, obarczano ją osobistą odpowiedzialnością.
Od męskich gwiazd oczekiwano czegoś innego
Mężczyźni od dziesięcioleci przechodzili fizyczne przemiany, budowali mięśnie i grali niezniszczalnych żołnierzy.
Ich poświęcenie przedstawiano zwykle jako dowód profesjonalizmu.
W przypadku Moore dyskusja często koncentrowała się na tym, czy nadal jest wystarczająco kobieca i czy nie próbuje przejąć miejsca, które do niej nie należy.
„G.I. Jane” trafiła więc w czuły punkt kultury lat dziewięćdziesiątych.
Film pytał, czy kobieta może otrzymać tę samą szansę, przejść te same próby i być oceniana według tych samych kryteriów.
Sama historia nie była pozbawiona uproszczeń
Produkcja Ridleya Scotta nie była realistycznym zapisem drogi do służby w Navy SEALs.
Przedstawiała fikcyjną jednostkę i eksperymentalny program, łącząc dramat polityczny z kinem akcji.
Nie wszystkie wojskowe procedury pokazano wiernie.
Finał odchodził od tematu integracji i zmieniał się w typowe widowisko bojowe.
Można więc krytykować scenariusz, uproszczenia oraz sposób przedstawienia sił zbrojnych.
Nie unieważnia to jednak fizycznego i emocjonalnego zaangażowania Moore.
Po premierze jej kariera wyraźnie zwolniła
Aktorka ograniczyła obecność na ekranie.
Złożyły się na to zarówno reakcje na kilka kolejnych filmów, jak i sytuacja rodzinna oraz potrzeba wycofania się z nieustannej presji.
Media zaczęły przedstawiać ją jako symbol gwiazdy, której najlepszy okres dobiegł końca.
W Hollywood podobne narracje powstają bardzo szybko, szczególnie wokół kobiet.
Jedna seria niepowodzeń wystarcza, aby branża zaczęła szukać młodszej następczyni.
Moore nigdy nie odcięła się od filmu
Mogła uznać rolę za pomyłkę i przestać o niej mówić.
Mogła przyłączyć się do ludzi wyśmiewających produkcję.
Nie zrobiła tego.
W wydanej w 2019 roku autobiografii „Inside Out” nazwała „G.I. Jane” swoim najbardziej satysfakcjonującym lub najważniejszym zawodowym osiągnięciem.
Nie wybrała najbardziej dochodowego filmu ani największego romantycznego przeboju.
Wybrała rolę, która kosztowała ją najwięcej fizycznie i emocjonalnie.
Z perspektywy czasu zaczęła jednak inaczej oceniać cenę przemiany
Po latach Moore otwarcie mówiła, że w tamtym okresie miała bardzo surowy stosunek do własnego ciała.
Intensywne treningi dawały jej poczucie kontroli i siły, ale wiązały się również z niezdrową presją.
Aktorka przyznała, że poddawała ciało ekstremalnym wymaganiom i przez długi czas traktowała je jak coś, co trzeba podporządkować woli.
Nie odbiera to znaczenia jej wysiłkowi.
Pokazuje natomiast, że opowieść o determinacji nie musi być bezkrytycznym pochwalaniem bólu.
Siła nie zawsze oznacza niszczenie własnego ciała
W latach dziewięćdziesiątych fizyczna przemiana aktora była często przedstawiana jako najwyższy dowód oddania sztuce.
Im więcej bólu, kontuzji i wyrzeczeń, tym większy miał być podziw.
Dziś coraz częściej zwraca się uwagę na bezpieczeństwo wykonawców, zdrowie psychiczne i granice, których nie należy przekraczać dla roli.
Moore sama mówi obecnie o bardziej łagodnym i uważnym podejściu do własnego organizmu.
Może być dumna z „G.I. Jane”, jednocześnie uznając, że nie każda metoda przygotowania była dla niej zdrowa.
Film zaczął być oceniany na nowo
W kolejnych dekadach część krytyków i widzów zaczęła patrzeć na produkcję inaczej.
Niektóre elementy wyraźnie się zestarzały.
Inne okazały się bardziej interesujące, niż sugerowały dawne żarty.
Jordan O’Neil nie prosi o taryfę ulgową.
Domaga się prawa do podejścia do tego samego testu.
Film pokazuje również, że rzekome zasady równości mogą zostać wykorzystane przeciwko osobie, której od początku nie chce się dopuścić do sukcesu.