Kobiety pisały do aktorki o znaczeniu tej roli
Moore wspominała, że otrzymywała wiadomości od kobiet, dla których determinacja Jordan O’Neil była źródłem inspiracji.
Film nie zmienił samodzielnie wojskowej polityki i nie można przypisywać mu bezpośredniego wpływu na decyzje Pentagonu.
Kultura popularna potrafi jednak oswajać społeczeństwo z pytaniami, które wcześniej pozostawały poza głównym nurtem.
„G.I. Jane” wyobrażała sobie kobietę próbującą wejść do jednego z najbardziej męskich środowisk na długo przed pełnym otwarciem amerykańskich stanowisk bojowych.
W 2015 roku Pentagon podjął historyczną decyzję
Sekretarz obrony Ash Carter ogłosił, że od 2016 roku wszystkie stanowiska wojskowe mają być otwarte dla kobiet spełniających wymagane standardy.
Decyzja obejmowała również funkcje bojowe i wybrane specjalności, które wcześniej pozostawały zamknięte.
Była rezultatem wieloletnich zmian, badań, doświadczeń kobiet służących w armii oraz debaty prowadzonej wewnątrz instytucji wojskowych.
Nie była skutkiem jednego filmu.
Premiera „G.I. Jane” pokazała jednak, że pytanie o kobiety w elitarnych formacjach było obecne w kulturze masowej już prawie dwie dekady wcześniej.
Film nie był przepowiednią w dosłownym znaczeniu
Otwarcie stanowisk nie oznaczało, że standardy przestały istnieć ani że każda kandydatka automatycznie mogła dołączyć do sił specjalnych.
Kobiety otrzymały możliwość ubiegania się o stanowiska pod warunkiem spełnienia wymagań właściwych dla danej specjalności.
Różnica polegała na tym, że płeć przestała być formalną przeszkodą zamykającą drzwi jeszcze przed rozpoczęciem testu.
Właśnie o ten podstawowy problem pytała historia Jordan O’Neil.
Demi Moore zapłaciła wysoką cenę za swoją pozycję
Nie była pierwszą aktorką krytykowaną za ambicję.
W jej przypadku skala zainteresowania była jednak wyjątkowa.
Stała się symbolem zmian w wynagrodzeniach kobiet, a zarazem celem ludzi, którym te zmiany się nie podobały.
Jej sukces finansowy przedstawiano jako skandal.
Jej ciało traktowano jak własność publiczną.
Jej niepowodzenia analizowano z satysfakcją, której rzadko towarzyszyły podobne potknięcia aktorów.
Nie oznacza to, że każda krytyka była seksistowska
„G.I. Jane” można uważać za film nierówny, przesadzony albo zbyt uproszczony.
Można nie wierzyć w część fabuły i nie lubić sposobu, w jaki przedstawiono szkolenie.
Krytykowanie dzieła nie jest atakiem na kobietę.
Problem pojawia się wtedy, gdy recenzja roli zmienia się w karanie aktorki za jej zarobki, wygląd, wiek i odmowę pozostania w narzuconej kategorii.
W przypadku Moore te elementy bardzo często się mieszały.
Największe znaczenie roli nie kryło się w realizmie
Jordan O’Neil reprezentowała kobietę, której porażki oczekiwali niemal wszyscy.
Każdy jej błąd miał potwierdzać, że żadna kobieta nie powinna znaleźć się w tym miejscu.
Sukces mężczyzny należał do niego.
Porażka kobiety miała zostać przypisana całej płci.
Ten mechanizm jest znany nie tylko w wojsku.
Występuje w biznesie, polityce, sporcie, nauce i sztuce.
Moore znała podobną presję z własnego życia
Nie reprezentowała na ekranie wszystkich kobiet ani wszystkich aktorek.
Mimo to każdą jej decyzję przedstawiano jak test możliwości kobiecej gwiazdy filmowej.
Jeżeli „Striptease” nie spełniał oczekiwań, pytano, czy kobieta może być najdroższą gwiazdą Hollywood.
Jeżeli „G.I. Jane” zarobiła mniej, niż oczekiwano w Stanach Zjednoczonych, ogłaszano, że jej kariera dobiegła końca.
Nie pozwalano jej po prostu zagrać w filmie, który nie wszystkim się spodobał.
Ogolenie głowy odebrało otoczeniu część kontroli
Przez lata jej włosy, sylwetka i twarz były analizowane jak elementy produktu.
Decydując się na radykalną zmianę, przejęła kontrolę nad wizerunkiem, nawet jeśli robiła to w służbie roli.
Nie oznacza to, że włosy określają kobiecość.
Właśnie przeciwnie.
Scena działała, ponieważ pokazywała, jak wiele znaczeń otoczenie potrafi przypisać czemuś tak osobistemu jak fryzura.
Nie potrzebowała pozwolenia, żeby uznać film za sukces
Krytycy mogli mieć własne zdanie.
Wytwórnia mogła analizować wpływy z kin.
Organizatorzy Złotych Malin mogli wręczyć jej szyderczą nagrodę.
Moore nadal miała prawo oceniać projekt według tego, czego od niej wymagał i czego dzięki niemu się nauczyła.
Dla niej sukces nie sprowadzał się do liczby sprzedanych biletów.
Był nim fakt, że podjęła wyzwanie, którego się obawiała, i doprowadziła je do końca.
Po latach przestała być wyłącznie symbolem lat dziewięćdziesiątych
Jej kariera przechodziła kolejne okresy wycofania i powrotów.
W autobiografii opisała dzieciństwo, uzależnienia, małżeństwa, macierzyństwo oraz cenę życia pod ciągłą obserwacją.
Nie próbowała przedstawiać siebie wyłącznie jako ofiary Hollywood.
Pisała również o własnych błędach, potrzebie kontroli i decyzjach, które raniły innych ludzi.
Ta szczerość nadała historii „G.I. Jane” dodatkowy wymiar.
Nie była to już tylko opowieść o nieustępliwości.
Stała się również opowieścią o kobiecie, która przez lata próbowała udowadniać swoją wartość poprzez przekraczanie kolejnych granic.
Duma i krytyczna refleksja mogą istnieć jednocześnie
Moore może uważać rolę za jedno ze swoich największych osiągnięć i jednocześnie dostrzegać, że traktowała ciało zbyt surowo.
Może cenić siłę Jordan O’Neil, nie twierdząc, że każda osoba powinna ignorować ból i trenować aż do całkowitego wyczerpania.
Dojrzałość nie wymaga odrzucenia przeszłości.
Wymaga zdolności spojrzenia na nią z większą uczciwością.
Nie każda odważna decyzja zostaje od razu doceniona
Czasami projekt rzeczywiście wyprzedza społeczną rozmowę.
Czasami jest jedynie niedoskonałym filmem poruszającym ważny temat.
„G.I. Jane” była prawdopodobnie jednym i drugim.
Nie zmieniła świata samodzielnie.
Nie była także pozbawionym znaczenia niepowodzeniem, jak przedstawiała ją część prasy.
Przyczyniła się do dyskusji o tym, jak kultura przedstawia kobiecą siłę, ambicję i obecność w przestrzeniach zdominowanych przez mężczyzn.