Zamarł.
Owoce, lekarstwa, torebki, które trzymał, wyślizgnęły mu się z ręki i rozsypały na chodniku. Élodie mocno ścisnęła go za ramię, patrząc na mnie, jakbym nagle stała się dla niej nieoczekiwanym zagrożeniem.
Patrzyłam na nich z lodowatym uśmiechem.
Szok rzeczywistości.
„Co się stało, Julien? Naprawdę myślałeś, że będę karmić ciebie i całą twoją rodzinę, podczas gdy ty mnie zdradzasz?” krzyknęłam na tyle głośno, żeby wszyscy na korytarzu i na parterze usłyszeli każde słowo.
„Claire, nie możesz tego zrobić!” krzyknął, drżąc ze wstydu i gniewu. „Ten dom był nasz! Tu miało mieszkać moje dziecko! Chcesz, żeby moja matka wylądowała na ulicy?”
Podszedłem powoli.
„Twoje dziecko?” zapytałem, zwracając wzrok ku Élodie. „Skoro byłeś na tyle męski, żeby założyć drugą rodzinę za moimi plecami, to bądź na tyle męski, żeby się nią zaopiekować. Ten dom jest na moje nazwisko i na nazwisko moich rodziców. Przez pięć lat pozwalałem ci tu mieszkać bez czynszu. Karmiłem cię. Dałem twojej matce życie godne królowej”.
Odwróciłem się do Madame Delorme, wciąż szlochając.
„Ale królowa zapomniała o jednym: jej korona pochodziła z potu kobiety, którą gardziła”.
Wtedy coś pękło.
Nagle Madame Delorme wyprostowała się, jakby rozpacz dodała jej złowrogiej siły. Chciała mnie uderzyć. Unieść rękę. Spoliczkować mnie na oczach wszystkich.
„Niewdzięczna nędznico! Przeklinam cię! Jeśli nigdy nie mogłaś mieć dzieci, to dlatego, że jesteś złą kobietą!” – krzyknęła, a jej głos zniekształcała nienawiść.
Ale zanim jej dłoń dotknęła mojej twarzy, już chwyciłam ją za nadgarstek.
„Nie jestem bezpłodna, Madame Delorme” – wyszeptałam wystarczająco cicho, by tylko one trzy mogły usłyszeć. „Julien i ja zrobiliśmy badania lata temu, pamiętacie? I wynik był jasny: problem tkwił w pani synu. Ale ponieważ naprawdę go kochałam, chroniłam jego dumę. Pozwoliłam, by wstyd spadł na mnie. Pozwoliłam, by wszyscy mnie upokarzali”.
Potem spojrzałam na Élodie.
Natychmiast zbladła i złapała się za brzuch.