Telefon dzwonił prawie całą minutę, zanim raczyłem odebrać. Była 22:41. W jego głosie słychać było tlącą się wściekłość, kiepsko skrywaną za pozorami godności.
„Zwariowałeś? Ta emerytura to kwestia elementarnej ludzkiej przyzwoitości! Jeśli przestaniesz dawać mojej matce pieniądze, jak chcesz, żeby żyła?”
Odpowiedziałem z niemal bezczelnym spokojem:
„A ty, czy nie potrafisz utrzymać własnej matki?”
Po drugiej stronie słuchawki zapadła ciężka cisza.
Wiedziałem doskonale, że jest blisko łóżka swojej „wielkiej miłości” i że nie śmie mówić zbyt głośno, żeby jej nie obudzić. Nie miałem już ochoty odgrywać męczennika. Rozłączyłem się więc bez słowa.
Ale następnego ranka to nie Julien wybuchnął pierwszy.
To była jego matka, Madame Hélène Delorme.
Było jeszcze wcześnie, kiedy stanęła przed drzwiami mojego nowego mieszkania w Boulogne-Billancourt. Z rozczochranymi włosami, pogniecionym kostiumem i oszpeconą twarzą wyglądała, jakby całą noc rozmyślała nad swoim upadkiem. A gdy tylko mnie zobaczyła, padła na kolana w korytarzu.
„Claire, błagam cię, moja dziewczyno!”
„Nie zabieraj mi jedynej rzeczy, która pozwoliła mi żyć!”