CZĘŚĆ 1
—Pochowajcie ją szybko, ona już i tak dała wystarczająco dużo przedstawienia w swoim życiu — rzekła teściowa, rzucając garść ziemi na trumnę Mariany.
Uderzenie zabrzmiało sucho i brzydko, jakby drewno narzekało.
Na cmentarzu komunalnym w San Miguel de Allende słońce prażyło jak diabli. Była prawie druga po południu, a żar buchał z nagrobków niczym para z patelni. Mimo to nikt nie spieszył się, żeby płakać. Właściwie prawie nikt nie przyszedł na pogrzeb.
Był tam Ramiro, mąż Mariany, jej matka, Doña Elvira, kobieta o przenikliwym spojrzeniu i zaciśniętych ustach, oraz młoda dziewczyna w ciemnych okularach i czarnym szaliku, która szła krok za nimi, jakby nie chciała być zauważona, ale też nie chciała niczego przegapić.
Julián, nowy pomocnik grabarza, obserwował w milczeniu. Pracował tam zaledwie od dwóch tygodni, po miesiącach spania na ulicach, noszenia worków na targu i przyjmowania każdej dorywczej pracy, jaką udało mu się znaleźć. Don Toño, dozorca cmentarza, załatwił mu tę pracę, ponieważ, jak twierdził, „nawet zmarli zasługują na szacunek”.
Ale ten pochówek był daleki od szacunku.
Mariana była znaną kobietą w mieście. Prowadziła firmę produkującą produkty ekologiczne, która zaopatrywała hotele, restauracje i sklepy w Querétaro. Ludzie mówili, że była dobrą szefową, wymagającą, ale sprawiedliwą, i że wypłacała premie swoim pracownikom, gdy sprzedaż szła dobrze. Dlatego Juliánowi wydało się dziwne, że jej pożegnanie było tak skromne, tak szybkie i tak zimne.
Ramiro nawet nie płakał. Po prostu spojrzał na zegarek.
—Chodźmy, mamo. Notariusz oczekuje nas jutro rano.
—Oczywiście, synu. Nic więcej nie da się tu zrobić.
Młoda kobieta ubrana na czarno, o której Julián dowiedział się później, że ma na imię Brenda, upuściła odrobinę ziemi, jakby wyrzucała śmieci, i poszła za nimi.
Kiedy czarny samochód zniknął między cyprysami, Julián chwycił łopatę. Jego zadanie było proste: przykryć grób, unieść kopiec, położyć na nim kwiaty i na tym zakończyć dzień. Już dostał zapłatę.
Wbił łopatę w suchą ziemię i zadał pierwszy cios.
A potem drugi.
A potem coś usłyszał.
Jęk.
Julian stał nieruchomo. Rozejrzał się. Nikogo nie było w pobliżu. Kilka naw dalej modliły się kobiety, zbyt daleko, by ich głosy mogły się roznieść. Powietrze było ciężkie i nieruchome.
Znów usłyszał ten dźwięk.
Przyszedł z dołu.
Z grobu.
Poczuł, jak krew w żyłach mu gęstnieje. Przez chwilę myślał, że upał płata mu figle. Może to wyczerpanie, może głód, może wszyscy ci martwi ludzie wokół niego, którzy dali mu popalić.
Ale jęk powtórzył się, tym razem wyraźniejszy.
Julian zszedł do grobu, drżąc na nogach. Trumna była prosta, z lekkiego drewna, ale wieko zabite gwoździami. Przyłożył do niej ucho. Ktoś oddychał w środku.