Rose patrzyła na dzieci biegające z torbami czekoladowych rogalików i przypominała sobie swoje: łatane mundury, buty spłacane na raty, urodziny z małym tortem, ale domem pełnym śmiechu.
„Pamiętasz, jak François złamał rękę?” – wyszeptała.
Armand skinął głową.
„I Béatrice z zapaleniem płuc”.
„I Julien płaczący, bo bał się burzy”.
Milczeli.
Oddali wszystko.
Nie idealnie.
Ale wszystko.
A kiedy nadeszła ich kolej, by poprosić o rękę, zastali troje zamkniętych drzwi.
O zachodzie słońca dotarli na skraj wioski. Domy stały się coraz rzadsze, a potem zniknęły całkowicie. Pozostały tylko krzaki, kamienie, sucha ziemia i wzgórze porośnięte żółknącą trawą.
Rose ledwo mogła chodzić.
„Odpocznijmy tam na górze” – powiedział Armand, wskazując na cień między skałami. „Choćby na chwilę”.
Wspinaczka była mozolna.
Rose oparła się o niego.
Armand liczył na jedyne, co mu pozostało: nie upaść przed żoną.
Wtedy się zatrzymała.
„Armand…”
Pomiędzy zaroślami a kamieniami pojawił się starożytny łuk.
To nie było naturalne.