To nie była zwykła jaskinia.
To było kamienne wejście, prawie w całości porośnięte bluszczem, z ciemnymi, drewnianymi drzwiami osadzonymi w skale.
Rose poczuła dreszcz.
„Nigdy wcześniej tego tu nie było”.
„Może nigdy nie byliśmy wystarczająco wysoko”.
Armand podszedł i dotknął drzwi.
Dźwięk nie był głuchy.
Po drugiej stronie była przestrzeń.
Powietrze.
Dom.
„Nie powinniśmy” – mruknęła Rose.
Spojrzał w niebo, które robiło się coraz ciemniejsze.
Spojrzał na walizki.
Potem na wyczerpaną twarz żony.
„Nie może być gorzej niż spanie na dworze”.
Rozejrzał się dookoła, niemal instynktownie, i znalazł płaski kamień umieszczony zbyt blisko framugi drzwi.
Uniósł go.
Pod spodem leżał stary klucz.
Rose przeżegnała się.
„Armand, to mnie przeraża”.
„Ja też”.
Wsunął klucz do zamka.
Przekręcił.
Drzwi zaskrzypiały, jakby budziły się po wielu latach.