Pojawiła się kobieta, wspierająca się na czarnej lasce. Musiała mieć ponad osiemdziesiąt lat. Jej białe włosy były związane w warkocz, plecy zgarbione, ale oczy błyszczały jak u kogoś, kto czekał zbyt długo, nie zapominając, dlaczego.
Rose cofnęła się o krok.
„Przepraszam… nie chcieliśmy wchodzić do twojego domu. Te drzwi…”
„Zostały zrobione dla ciebie” – przerwała staruszka.
Armand ścisnął rączkę walizki.
„Znasz nas?”
Kobieta uśmiechnęła się smutno.
„Nie znam. Ale twój ojciec tak.”
Rose poczuła, jak jej serce bije mocniej.
„Mój ojciec zmarł trzydzieści lat temu.”
„Dokładnie” – powiedziała kobieta. „Zmarli czasami zostawiają lepsze wskazówki niż żywi.”
Podeszła do stołu i położyła rękę na żółtej kopercie.
„Otwórz ją.”
Armand zawahał się.