Mariana Rivas stała w fontannie, z zimną wodą kapiącą z włosów, szmaragdowa suknia oblepiała jej skórę, a dwustu gości weselnych patrzyło na nią, jakby była rozrywką, za którą zapłacili, choć nie wiedzieli, że zapłacili. Taras balowy luksusowego hotelu na Manhattanie zapadł dziwnie cicho po jej słowach. Kilka osób wciąż trzymało telefony, nagrywając, czekając, aż zacznie płakać, krzyczeć, uciekać lub skończy tak, jak oczekiwali od „trudnej córki”, którą jej rodzina latami opisywała za jej plecami.
Jej ojciec, Ernest Rivas, stał na skraju fontanny z uśmiechem wciąż przyklejonym do twarzy, ale nie wyglądał już na pewnego siebie. Jej matka, Beatrice, powoli opuściła kieliszek szampana. Daniela, panna młoda, patrzyła na Marianę z irytacją, a nie z troską, jakby najgorsze w tej chwili było to, że jej siostra ośmieliła się zepsuć elegancję jej przyjęcia, dając się wyraźnie upokorzyć.
Wtedy telefon Mariany znów zawibrował w jej mokrej dłoni.
„Już w środku. Gdzie jesteś?”