Reklamówkę z rzeczami otworzyłam dopiero po godzinie. Był tam ręcznik, czerwona obroża z wytartym zapięciem, pluszowa mysz bez ogona i koperta.
List był napisany nierówno. W niektórych miejscach litery zjeżdżały w dół, jakby ręka się męczyła.
“Jeśli będzie mnie szukał w nocy, proszę mu powiedzieć, że ja nie chciałam”.
Usiadłam. Na stojąco nie dało się tego czytać.
Kobieta nazywała się pani Halina. Pisała, że Tymek najpierw mieszkał u jej siostry, Teresy. Teresa znalazła go jako kociaka przy warzywniaku, kiedy darł się pod skrzynkami z ziemniakami. Potem Teresa zachorowała. Przed śmiercią poprosiła Halinę, żeby zabrała kota.
“Obiecałam, że będzie ze mną do końca” — pisała pani Halina. “Myślałam, że do jego końca. A wyszło, że do mojej przeprowadzki”.
Przeprowadzką nazywała dom opieki.
Zaczęły się upadki. Ciśnienie, słabość, dwa razy zapomniała zakręcić gaz. Siostrzenica Karina sprzedała jej małe mieszkanie i umieściła ją w prywatnym domu opieki. Może w papierach wszystko było poprawnie. Może naprawdę nie powinna już mieszkać sama.
Ale kota nie pozwolili tam zabrać.
Karina powiedziała w schronisku, jak później przekazała mi Marta:
“Ciocia popłacze i zapomni. Ona już jest w takim wieku”.
Powiedziała to tak, jakby stara kobieta miała pamięć złotej rybki: dziś popłacze, jutro zapomni.
W liście pani Halina prosiła, żeby nie zmieniać Tymkowi imienia, nie wyrzucać obroży i, jeśli można, czasem mówić mu, że ona go nie zostawiła.
Na końcu było:
“Nie wiem, czy koty rozumieją takie rzeczy. Ale ja rozumiem. I jest mi z tym bardzo źle”.
Siedziałam w kuchni z tym listem, a Tymek zeskoczył z tapczanu i przyszedł do mnie. Usiadł obok. Czerwona obroża leżała na stole między nami.
“Ona nie chciała” — powiedziałam mu.
Spojrzał na mnie swoim mętnym okiem i zamrugał.
Nocą jej nie szukał. Wdrapał się na moje łóżko. Sam nie dał rady, zaczepił pazurami o narzutę, więc mu pomogłam. Położył się przy mojej nodze i zaczął mruczeć. Chrapliwie, nierówno, jak stary silniczek.
Leżałam i bałam się poruszyć.