Rano zadzwoniła Marta.
“Jak on?”
“Spał na łóżku. Zjadł pasztet. Nowym legowiskiem gardzi”.
Marta zaśmiała się, ale jakoś winno.
Zapytałam:
“Macie numer do pani Haliny?”
Przez chwilę milczała.
“Mam numer do domu opieki. Tylko siostrzenica prosiła, żeby jej nie niepokoić”.
“Siostrzenica oddała kota. Jej próśb na razie specjalnie nie szanuję”.
Marta cicho podyktowała numer.
Dom opieki nazywał się “Jasny Dziedziniec”. Telefon odebrała dziewczyna.
“Kogo zawołać?”
“Panią Halinę. Proszę powiedzieć, że chodzi o Tymka”.
Po drugiej stronie od razu zrobiło się cicho.
Potem dziewczyna powiedziała już łagodniej:
“Proszę poczekać”.
Czy miałam prawo zadzwonić, skoro rodzina kazała jej już niczego nie czuć?

Dziękuję wszystkim, którzy czytają tę historię dalej.
Część 2
Czekałam długo. Słyszałam telewizor, cudze kroki, brzęk naczyń. Potem w słuchawce coś zaszumiało.
“Halo?”
Głos był cichy. Ostrożny taki. Jakby człowiek już z góry przygotowywał się na to, że zaraz usłyszy coś złego.
“Pani Halino? Nazywam się Lidia. Wczoraj zabrałam Tymka”.
Milczała.
Przestraszyłam się, że zrobiłam gorzej, i szybko powiedziałam:
“On jest w domu. Zjadł. W nocy spał na łóżku. Wszystko u niego dobrze”.
Wciągnęła powietrze tak, jakby cały ten czas trzymała je w piersi.
“Zjadł?”
“Tak. I chyba obraził się, że miska jest za mała”.
Zaśmiała się. A potem zapłakała.
Stałam przy oknie i sama prawie płakałam. Obca kobieta płakała do telefonu przez starego kota, a ja chciałam ją przytulić.
“On nie pomyślał, że ja go zostawiłam?” — zapytała.
Spojrzałam na Tymka. Siedział przy kaloryferze, ale uszy miał odwrócone w moją stronę.
“Powiedziałam mu. Tak jak pani prosiła”.
Długo milczała.
Potem powiedziała: