“Nie mam prawa prosić, ale jeśli można… proszę czasem zadzwonić. Tylko jeśli to nie będzie kłopot”.
“To nie jest kłopot”.
“Wszyscy tak mówią”.
“Zadzwonię jutro”.
I zadzwoniłam.
Potem pojutrze. Potem znowu. Opowiadałam jej, co Tymek jadł, jak zrobił awanturę o tabletkę, jak wlazł do szafy i zasnął na moim szaliku. Pani Halina słuchała tak uważnie, jakbym przekazywała wiadomości o bliskim człowieku ze szpitala.
Po tygodniu powiedziałam:
“Mogę do pani przyjechać?”
Od razu się przestraszyła.
“Nie trzeba. Ma pani swoje życie. Nie chcę się narzucać”.
To słowo mnie zdenerwowało. Nie ona. Słowo.
“Ja sama chcę”.
“Pani mnie nie zna”.
“Za to znam pani kota. Zajął już mój tapczan i uważa, że jestem obsługą”.
Zaśmiała się.
Dom opieki był na obrzeżach Radomia. Czysty budynek, ochraniacze na buty, rozpiska odwiedzin, kwiatek w doniczce przy wejściu. Nikt nie krzyczał. Nic strasznego tam nie było.
Ale w środku i tak zrobiło mi się ciężko.
Łóżka pościelone, telewizor mruczy, ludzie siedzą w pokojach. Niby wszystko w porządku, a jednak ma się wrażenie, że po prostu odsunięto ich gdzieś dalej.
Pani Halina siedziała przy oknie. Włosy spięte, sweter zapięty, chusteczka na kolanach. Było widać, że się przygotowywała.
“Pani Lidia?”
“Tak”.
“Jest pani młodsza, niż myślałam”.
“Mam pięćdziesiąt dwa lata”.
“No właśnie. Młodsza”.