CZĘŚĆ 1
—Połóż się na tylnym siedzeniu i przykryj się tym kocem. Nie zadawaj żadnych pytań, Don Eugenio. Za kilka minut dowiesz się, kogo twoja córka planuje poślubić.
Eugenio Barrera stał nieruchomo przed czarną limuzyną.
Do ślubu Mariany, jego jedynej córki, pozostały trzy godziny. Miał na sobie szyty na miarę szary garnitur i zegarek, który żona Lucía podarowała mu z okazji dwudziestej rocznicy ślubu, a od momentu, gdy otworzył oczy, czuł niepokój w żebrach.
—Tomás, czy ty oszalałeś?
Tomás Salgado pracował dla tej rodziny od dwudziestu sześciu lat. Odwiózł Lucíę do szpitala, kiedy urodziła się Mariana, a pięć lat wcześniej odwiózł Eugenia na pogrzeb kobiety, z którą dzielił trzy dekady.
Nigdy nie pojawiał się wcześnie. Tego ranka pojawił się czterdzieści minut wcześniej.
„Obiecałem Doñi Lucíi, że zaopiekuję się tobą, kiedy jej nie będzie” – powiedział, zaciskając szczękę. „I dziś dotrzymam tej obietnicy. Wsiadaj do samochodu”.
Imię jego żony rozbroiło wszelkie obiekcje.
Eugenio wcisnął się pod koc, jak mógł najlepiej. W wieku sześćdziesięciu dwóch lat zarządzał jedną z największych grup logistycznych w Nuevo León, ale w tamtej chwili wyglądał jak nastolatek chowający się po psikusie.
Dwanaście minut później samochód się zatrzymał.
Drzwi się otworzyły i ktoś zajął przednie siedzenie.
Drogie perfumy potwierdziły tożsamość przed głosem.
—Dzień dobry, Don Tomás. Gotowy na wielki dzień?
To był Rodrigo Navarro, narzeczony Mariany.
Zadzwonił jej telefon. Odebrała słodko.
—Kochana, już jadę. Będziesz najpiękniejszą panną młodą w Monterrey. Bardzo cię kocham.
Eugenio uśmiechnął się spod koca. Przez chwilę poczuł się absurdalnie.
Potem nadszedł kolejny telefon.
„Mówiłem ci, żebyś nie dzwonił pod ten numer” – warknął Rodrigo lodowatym głosem. „Wszystko jest po staremu. Trzy miesiące po ślubie. Ani dnia przed. I nie waż się do mnie więcej dzwonić, dopóki to się nie wyjaśni”.
Rozłączył się.
Następnie poprosił Tomása, aby zatrzymał się przed starym budynkiem w dzielnicy Mitras. Wszedł na górę z własnym kluczem. Przez szparę w kocu Eugenio dostrzegł nazwisko Navarro na jednej ze skrzynek pocztowych.
Na korytarz wyszła kobieta po trzydziestce. Jej twarz wyglądała na zmęczoną, a ramiona skrzyżowane były w geście rozpaczy.
„Nasza córka znowu nas troje połączyła” – poskarżył się. „Jak jej wytłumaczyć, że jej ojciec żeni się dziś z inną kobietą?”
Za nią pojawiła się czteroletnia dziewczynka z pluszowym misiem.
-Tata!
Rodrigo podniósł ją i przytulił z czułością, jakiej Eugenio nigdy u niego nie widział.
—Witaj, księżniczko.
—Wrócisz wcześniej?
—Mam pracę, kochanie.
Kobieta zacisnęła usta.
—Zawsze mówisz to samo.
Rodrigo odstawił dziewczynę i zniżył głos.
—Verónica, wytrzymaj jeszcze rok. Spłacę dług, zdobędę pieniądze na operację Renaty i wyjedziemy. Mariana niczego nie zauważy.
Eugenio próbował wstać, ale Tomás złapał go za ramię.
„Stój spokojnie” – wyszeptał. „Jeszcze nie słyszałeś najgorszego”.
Otoczyli budynek i ustawili się pod uchylonym oknem.
„Czterdzieści milionów pesos” – powiedział Rodrigo z kuchni. „Tyle jestem winien Baltasarowi Cárdenasowi. Kasyno upadło, a on nie odpuszcza. Barrera mają fortunę. Ożeniłem się, uzyskałem dostęp do kont, a potem stary człowiek miał wypadek”.
“Wypadek?” zapytała Weronika.
—Zaliczka już została wpłacona.
Eugenio poczuł, że podłoga znika pod jego butami.
Rodrigo miał nie tylko żonę i córkę.
Wyznaczył również cenę za swoje życie.
CZĘŚĆ 2
Tomás odwiózł Eugenia do samochodu. Tam pokazał mu zdjęcia spotkania Rodrigiego z mężczyzną podejrzanym o napaść i wymuszenie, przelew miliona pesos do fikcyjnej firmy oraz nagranie wykonane trzy dni wcześniej na parkingu centrum handlowego.
Głos Rodrigiego był wyraźnie słyszalny:
—Po ślubie czekaliśmy trzy miesiące. Pan Barrera jada obiady we wtorki i czwartki w San Pedro. W piątki wraca ze swojego wiejskiego domu około dziesiątej. Musi wyglądać jak wypadek samochodowy albo awaria mechaniczna.
Eugenio rozpoznał swój własny rytm.
—Czy policja już wie?
„Od trzech dni” – odpowiedział Tomás. „Znajomy z prokuratury śledzi domniemanego sprawcę. Chcieli go złapać, mając wystarczająco dużo dowodów”.
Eugenio milczał. Potem przeszedł przez dziedziniec i zapukał do drzwi mieszkania.
Weronika otworzyła. Kiedy to zobaczyła, zbladła.
—Jesteś ojcem Mariany.
—Słyszałem wszystko.