Umiała żartować. To było od razu widać. Tylko chyba od dawna nie miała dla kogo.
Przyniosłam czerwoną obrożę i zdjęcie, które Marta znalazła w reklamówce. Na zdjęciu były dwie kobiety i mały biały kociak z bezczelną miną. Jedna kobieta to pani Halina, druga pewnie Teresa.
Pani Halina wzięła zdjęcie obiema rękami.
“To siostra” — powiedziała. “A to on. Tymek. Widzi pani, jaki był bandyta? Zdejmował Teresie firanki. Mówiła, że kot jest artystyczny”.
Próbowała się uśmiechać, ale drżały jej usta.
Potem wzięła obrożę. Pogładziła palcem zapięcie.
“Myślałam, że Karina wyrzuci”.
“Nie wyrzuciła”.
“Ona nie jest zła” — szybko powiedziała pani Halina. “Po prostu u niej wszystko szybko. Dzieci, praca, kredyt. Nie ma kiedy siedzieć ze starą babą i kotem”.
Powiedziała “ona nie jest zła” tak szybko, jakby tłumaczyła to nie mnie, tylko sobie. Jakby bała się przyznać, że siostrzenica obeszła się z nią okrutnie.
Piłyśmy herbatę z plastikowych kubeczków. Opowiadała o Teresie, o starym mieszkaniu, o tym, jak Tymek spał na telewizorze i kiedyś ukradł udko kurczaka prosto z patelni.
Przed moim wyjściem zapytała:
“On mnie pamięta?”
Nie wiedziałam, jak odpowiedzieć uczciwie.
“Siedział rano przy drzwiach” — powiedziałam. “Może po prostu przywykł czekać”.
Odwróciła się do okna.
“O trzeciej zawsze piłyśmy herbatę”.
Po tym zaczęłam przywozić Tymka.
Nie od razu. Najpierw potrzebne były zaświadczenia od weterynarza, zgoda kierownictwa, podpisy. Dziewczyna z recepcji, Kinga, pomagała bardziej, niż musiała.
“Nie wolno nam wpuszczać zwierząt do pokojów” — powiedziała. “Ale na dziedziniec można. Jeśli jest spokojny”.
“Jest stary. Awantury robi tylko o karmę”.
Za pierwszym razem Tymek jechał w transporterze i milczał tak demonstracyjnie, że czułam się jak zdrajczyni. Na dziedzińcu domu opieki były dwie ławki, krzaki i parasol przeciwsłoneczny. Żadna piękność, ale przynajmniej powietrze.
Panią Halinę wyprowadziła Kinga. Zatrzymała się dwa kroki od transportera.
“Proszę otworzyć” — powiedziała cicho.
Otworzyłam.
Tymek nie wyszedł od razu. Posiedział, powąchał powietrze, potem ostrożnie wylazł. Pani Halina go nie wołała. Po prostu siedziała na ławce, z rękami złożonymi na kolanach.
Podszedł do niej i dotknął czołem jej dłoni.
Pani Halina zamknęła oczy.
“Tymusiu”.
Tylko to jedno słowo.
Z trudem wdrapał się jej na kolana. Chciałam pomóc, ale poradził sobie sam. Usiadł, położył głowę na jej ręce i zaczął mruczeć.
Kinga odwróciła się do drzwi. Ja udawałam, że szukam chusteczek w torebce.
Na sąsiedniej ławce siedział chudy mężczyzna z gazetą. Najpierw prychnął:
“Kotów nie lubię. Wszędzie sierść”.
Po dwudziestu minutach zapytał:
“A kurczaka to on może?”
Tak zaczęły się nasze niedziele.
Przyjeżdżałam z Tymkiem, termosem i ciastkami. Pani Halina czekała na nas na dziedzińcu. Czasem wyglądała lepiej, czasem słabiej. Ale kiedy Tymek był u niej na kolanach, jakby wracała do siebie.
Potem zaczęli podchodzić inni.
Mężczyzna z gazetą nazywał się pan Czesław. Przynosił Tymkowi kurczaka i za każdym razem mówił: “Tak przypadkiem zostało”. Pani Renata prawie się nie odzywała, nosiła pierścionki na każdym palcu i głaskała Tymka tak ostrożnie, jakby był ze szkła. Pani Danuta, była nauczycielka, pewnego razu przyniosła stary album i pokazała zdjęcie swojego psa.
“Syn powiedział, że przy nowym remoncie pies nie pasuje do mieszkania” — powiedziała. “Oddał komuś. Potem pół roku dzwoniłam, a on mówił: mamo, nie zaczynaj”.
Później jeszcze nieraz słyszałam to od innych starszych ludzi. U jednej syn “nie zaczynał” o psie. U drugiego córka “nie zaczynała” o działce. U pani Haliny było “nie zaczynaj” o Tymku.
Kinga pewnego dnia powiedziała mi przy wejściu:
“Pani sobie nawet nie wyobraża, co pani zrobiła. Oni teraz czekają na niedzielę. Wcześniej pytali tylko o leki i obiad. Teraz pytają, czy kot przyjedzie”.
Roześmiałam się, a potem płakałam w autobusie do domu.