Tymek siedział w transporterze niezadowolony jak dyrektor, którego zmuszono do pracy w wolny dzień.
“Nie patrz tak” — powiedziałam do niego. “Jesteś ludziom potrzebny”.
Wiosną pani Halina poprosiła, żeby przyjechać do mnie do domu.
“Na godzinę” — powiedziała. “Chcę zobaczyć, gdzie on śpi”.
Nie wiem czemu, przestraszyłam się. Zrobiło mi się wstyd za mieszkanie. Za stare tapety w kuchni. Za różne kubki. Za stos gazet przy tapczanie. Za to, że już przywykłam żyć tak, jakby nikt nigdy do mnie nie przychodził.
Przed jej przyjazdem myłam podłogi, zmieniłam obrus, nawet kupiłam ciastka z cukierni. Tymek leżał na tapczanie i patrzył na mnie tak, jakbym się skompromitowała.
Kinga przywiozła panią Halinę taksówką.
Pani Halina weszła, rozejrzała się i powiedziała:
“Normalnie pani ma. Najważniejsze, że kot ma gdzie się walać, a herbatę można pić i przy małym stole”.
Tymek siedział na tapczanie z miną, jakby to naprawdę było jego mieszkanie, a ja tylko wynajmowała tu kąt.
Piłyśmy herbatę w kuchni. Pani Halina zobaczyła jego miskę przy kaloryferze, szczotkę, tabletki, koc.
“Dobrze pani o niego dba”.
“Jest złośliwy i drogi”.
“Zawsze był pasożytem”.
Śmiałyśmy się. I nagle zrobiło mi się tak lekko, że aż się przestraszyłam. Dawno nie śmiałam się w domu z kimś żywym.
Tego dnia opowiedziała więcej o Karinie.
Karina była córką Teresy. Pani Halina pomagała jej po śmierci siostry: siedziała z dziećmi, dawała pieniądze, gotowała. Potem Karina dorosła i zaczęła wszystko załatwiać szybko. Bardzo szybko. Mieszkanie stare — sprzedać. Ciocia się przewraca — do domu opieki. Kot — do schroniska.
“Podpisałam papiery” — powiedziała pani Halina. “Byłam zmęczona kłóceniem się. I się przestraszyłam. Mówiła, że spalę się w kuchni albo złamię biodro. Może miała rację”.
Patrzyła w kubek.
“A potem zrozumiałam: zrobiłam się stara i nikt już mnie nie pyta, czego chcę. Mówią: ‘Tak będzie prościej’. I koniec”.
Tymek podszedł i położył łapę na jej pantoflu.
Pani Halina się pochyliła.
“Ten stary głupek trzymał mnie mocniej niż wszystkie dokumenty”.
Latem Karina pojawiła się na dziedzińcu domu opieki akurat w niedzielę.
Droga torebka, ostre perfumy, twarz zirytowana. Zobaczyła Tymka na kolanach pani Haliny i skrzywiła się.
“Znowu ten kot?”
Pani Halina od razu się spięła.
Zobaczyłam, jak jej palce zacisnęły się na sierści.
“Karino, on nikomu nie przeszkadza” — powiedziałam.
“Nie z panią rozmawiam”.
Pochyliła się nad ciocią:
“Ty potem płaczesz po tych spotkaniach. To ci szkodzi”.
Pani Halina powiedziała cicho:
“Nie płaczę od złego”.
Karina przewróciła oczami.
“Urządziliście tu wszyscy kółko litości. Kot stary, chory. Potem umrze i co? Znowu histeria?”
Pan Czesław złożył gazetę.
“Proszę pani, próbowała pani kiedyś milczeć? Bardzo zdrowy nawyk”.
Pani Renata podniosła głowę: