Słyszałam ją na korytarzu.
– Panie doktorze, ona jest nerwowa. Mój syn ma ciężki charakter, ale to dobry człowiek. A kobieta czasem potrafi doprowadzić mężczyznę do ostateczności.
Lekarz odpowiedział jej tak spokojnie, że każde słowo było jak zamknięte drzwi:
– Proszę pani, do ostateczności doprowadziły nas zdjęcia złamań, nagranie i stan pacjentki. Nie pani opinia o charakterze syna.
Janina weszła potem do mojej sali bez pukania. Miała w ręku różaniec.
– Ewa, zabierasz dzieci ojcu?
Spojrzałam na nią.
Była kobietą, której bałam się prawie tak samo jak Mariusza. Nie dlatego, że biła. Dlatego, że błogosławiła przemoc milczeniem.
– Chronię je.
– Przed rodziną?
– Przed tym, czego pani przez lata udawała, że nie widzi.
Jej twarz stwardniała.
– Ja się modliłam.
– Nie za mnie. Za spokój w domu.
Nie odpowiedziała.
Bo pierwszy raz nie miała gotowej modlitwy, która brzmiałaby jak usprawiedliwienie.
W kolejnych tygodniach wszystko było dokumentem.
Zaświadczenie lekarskie.
Obdukcja.
Zeznania.
Nagrania pani Danuty.
Opinia psychologiczna dzieci.
Niebieska Karta.
Wniosek o zabezpieczenie miejsca pobytu córek przy mnie.
Pozew o rozwód.
Miałam wrażenie, że moje życie zamieniło się w teczkę z czerwonym gumowym paskiem.
Ale ta teczka była cięższa niż strach.
Mariusz próbował wszystkiego.
Najpierw groził przez znajomych:
– Jak Ewa nie wycofa zeznań, pożałuje.
Potem udawał skruszonego:
– Byłem pod presją matki. Chciałem syna, bo całe życie mi wmawiali, że mężczyzna musi mieć dziedzica.
Potem próbował wykorzystać dzieci:
– Haniu, powiedz mamie, że tata płacze.
Hania oddała telefon Agnieszce i powiedziała:
– Nie chcę rozmawiać z panem, który krzywdzi mamę.
Miała siedem lat.
Siedem.
A brzmiała odważniej niż dorośli za oknami.
Najtrudniejsze były badania ciąży. Każda wizyta była strachem, czy dziecko nadal rośnie, czy krwiak się wchłania, czy stres i urazy nie zrobiły tego, czego Mariusz nie zrobił jednym porankiem. Lekarka nigdy nie obiecywała za dużo.
– Dziś jest dobrze – mówiła. – Trzymamy się dzisiejszego dnia.
Trzymałam się.
Dnia po dniu.
Dziewczynki zamieszkały ze mną u Agnieszki. Spałyśmy w jednym pokoju: ja na łóżku, one na materacach obok, jakby bliskość mogła zszyć wszystko, co pękło. Zosia budziła się w nocy i pytała:
– Tata tu nie przyjdzie?
– Nie – odpowiadałam. – Nie przyjdzie.
Na początku nie wierzyła.