Nikt nie powiedział, więc sama sobie to powtórzyłam. Którejś nocy, w drodze na zmianę, stojąc na przystanku w deszczu o dziesiątej wieczorem. Powiedziałam to na głos, do siebie: nie zawiodłam. Kierowca autobusu pewnie pomyślał, że wariatka.
Dariusz zamieszkał z Renatą – koleżanką z jego firmy spedycyjnej. Wiedziałam o niej od dawna, jeszcze zanim odszedł. Znałam zapach jej perfum z jego koszul. Znałam rytm wiadomości, które pisał pod kołdrą, myśląc, że śpię. Nie zrobiłam awantury, bo co by to zmieniło? Człowiek, który chce odejść, odchodzi. Można go zatrzymać na tydzień, na miesiąc, ale nie na prawdę.
Rozwód przeszliśmy szybko, bez walki o majątek, bo majątek był prosty – mieszkanie na mnie, samochód na niego. Alimenty na Natalię – tak. Reszta – cisza.
A potem zaczęło się codzienne życie bez niego i okazało się, że to codzienne życie jest cięższe od rozwodu. Nie dlatego, że za nim tęskniłam. Dlatego, że do wszystkiego trzeba było dojść autobusem, a autobusy nocą nie jeżdżą tak, jakby ktokolwiek je projektował z myślą o ludziach.
Zima dwa tysiące dwudziestego. Minus piętnaście. Stałam na przystanku dwadzieścia pięć minut, bo autobus się spóźnił. Na oddział weszłam z odmrożonymi palcami u stóp. Koleżanka Jola powiedziała mi wtedy: kup sobie jakiegoś starego grata za dwa tysiące, i tak będzie lepiej niż to.
Ale ja nie chciałam gratów. Gratów miałam dość.
Zaczęłam odkładać. Nie dużo, bo z pensji pielęgniarki nie odłożysz fortuny. Ale systematycznie. Każdego miesiąca przelewałam pewną kwotę na osobne konto – konto, o którym nie wiedział nikt oprócz mnie. Nawet dzieci nie wiedziały. To był mój sekret, moja sprawa, moja przyszłość w plastikowym folderze z wydrukowanym harmonogramem spłat.
Trzy lata temu dostałam podwyżkę po specjalizacji. Rok temu Natalia skończyła studia i zaczęła pracować – przestałam ją utrzymywać. Jakub dawno był na swoim. Rachunki płaciłam, jedzenie kupowałam, ubrania – rzadko. Na wakacje nie jeździłam. Koleżanki z oddziału latały do Turcji, ja siedziałam na balkonie z książką i herbatą, i odkładałam.
W styczniu tego roku weszłam do salonu Skody. Sprzedawca – młody chłopak, pewnie trzydzieści lat – spojrzał na mnie tak, jak sprzedawcy samochodów patrzą na kobiety w moim wieku. Z grzecznym uśmiechem i założeniem, że pomyliłam salony.
– Chciałabym zobaczyć Fabię – powiedziałam.
Kiwnął głową, zdziwiony, ale profesjonalny.
Obejrzałam. Przejechałam się. Poczułam fotel, kierownicę, zapach tego nowego plastiku, który dla jednych jest tandetny, a dla mnie pachniał jak wolność.
– Wezmę ją – powiedziałam.
– Kolor? – zapytał.
– Niebieski – odpowiedziałam, nie wahając się ani sekundy. Zawsze lubiłam niebieski. Dariusz twierdził, że niebieski samochód to głupota, bo gorzej się sprzedaje. Ale ja go nie kupowałam na sprzedaż.
Czekałam na dostawę cztery miesiące. Te cztery miesiące ciągnęły się jak nocna zmiana na ortopedii – powoli, z przerwami na zegarek, z podejrzeniem, że zegar się zatrzymał.
W piątek pojechałam autobusem do salonu po raz ostatni. Sprzedawca podał mi kluczyki z małym breloczkiem w kształcie serca, który dołożył od siebie.
– Niech pani się cieszy – powiedział.
I cieszyłam się. Całą drogę do domu cieszyłam się jak dziecko. Włączyłam radio, trafiłam na piosenkę, której nie znałam, ale było mi z nią dobrze. Jechałam powoli. Nie spieszyłam się – bo po raz pierwszy w życiu to ja decydowałam, dokąd jadę i kiedy.
Zaparkowałam pod blokiem. Wysiadłam. I wtedy go zobaczyłam.
Dariusz stał przy ławce obok piaskownicy. Wyglądał gorzej niż pamiętałam – schudł, włosy przetrzedzone, kurtka za duża o rozmiar. Obok niego nie było nikogo – żadnej Renaty, żadnej walizki, żadnego samochodu.