– Cześć, Jola – powiedział, jakby się widzieliśmy wczoraj.
Nie odpowiedziałam od razu. Stałam z kluczykami w ręce, patrzyłam na niego i próbowałam zrozumieć, co czuję. Nie czułam złości. Nie czułam triumfu. Czułam zmęczenie – to specyficzne zmęczenie, które pojawia się, kiedy ktoś z przeszłości nagle wraca i przypomina ci, ile drogi przeszłaś od niego.
– Ładna – powiedział, patrząc na samochód. – Nowa?
– Nowa.
– Słuchaj, Jola, bo ja mam taką sprawę… – zaczął, i już po tym “taką sprawę” wiedziałam, o co chodzi. Bo Dariusz zawsze miał “taką sprawę”, kiedy czegoś potrzebował. – Moja stoi u mechanika, dwa tygodnie minimum, a ja muszę dojeżdżać do pracy, bo tam mam teraz zlecenie…
– Nie – powiedziałam.
Nie tłumaczyłam. Nie uzasadniałam. Nie powiedziałam “bo ty mi zabrałeś auto i kazałeś jeździć autobusem”, chociaż miałam to na końcu języka. Po prostu – nie.
Patrzył na mnie przez chwilę, jakby nie rozumiał. Może naprawdę nie rozumiał. Może w jego głowie ciągle byłam tą Jolantą, która ustępowała, tłumaczyła, przepraszała za cudze zachowanie.
– Jola, no weź, to tylko na tydzień…
– Dariusz – przerwałam mu spokojnie. – Nie.
Podniósł ręce w geście rezygnacji, jak ktoś, kto przegrał zakład o drobne.
– No dobra – mruknął. – Jak chcesz.
Odszedł w stronę przystanku. Tego samego przystanku, na którym stałam sześć lat. Tej samej ławki, na której odmrażałam palce w styczniu. Patrzyłam, jak siada i czeka na autobus.
Nie czułam satysfakcji. To nie było kino, nie było muzyki w tle, nie było oklasków. Stałam na parkingu z kluczykami od niebieskiej skody i wiedziałam jedno: że te sześć lat autobusem było warte więcej niż dwadzieścia dwa lata z człowiekiem, który zawsze stawiał siebie pierwsze.
Weszłam do mieszkania. Natalia zadzwoniła wieczorem z gratulacjami.
– Mamo, widziałam na zdjęciu, piękna jest! A tata pisał do mnie, pytał, czy nie pożyczysz mu…
– Wiem – przerwałam jej. – Był tu.
Cisza.
– I co? – zapytała.
– I nic – powiedziałam.
Na balkonie kwitły pelargonie, które posadziłam w maju. Herbata stygła na parapecie. Kluczyki leżały na szafce w przedpokoju – na haku, który wbiłam sama, wiertarką pożyczoną od sąsiadki z dołu.
Jutro jadę do pracy swoim samochodem. Pierwszy raz od sześciu lat nie muszę sprawdzać rozkładu jazdy. Pierwszy raz od sześciu lat mogę wrócić do domu, kiedy chcę, a nie kiedy przyjedzie autobus.
Czasem wolność pachnie nowym samochodem. I to jest w porządku.