Oni mówią, że przesadzam. Że to żarty. Że jestem dziwna. Ale mamo, ja już czasem boję się iść do szkoły. Boję się wracać. Boję się telefonu.
Nie chciałam umrzeć. Naprawdę nie chciałam. Jeśli coś mi się stanie, proszę, nie wierz, że to dlatego, że byłam słaba. Ja próbowałam. Zbierałam wszystko. Pani Ewa mi wierzyła. Ty też mi uwierz.
Najbardziej boję się, że oni powiedzą, że to był tylko wypadek i wszyscy pójdą dalej.
Nie pozwól im pójść dalej.
Kocham Cię bardziej niż księżyc na mojej szafce.
Twoja Lila.”
Nie pamiętam momentu, w którym osunęłam się z krzesła. Pamiętam tylko zimne kafelki pod kolanami i ręce pani Ewy na moich ramionach.
Nie chciałam umrzeć.
To zdanie rozdarło mnie na pół.
Moja córka nie zostawiła listu pożegnalnego.
Zostawiła testament prawdy.
Następnego dnia poszłam na policję. Nie sama. Z panią Ewą, z prawniczką poleconą przez moją siostrę i z pendrivem schowanym w zamkniętej kopercie. Funkcjonariusz, który początkowo patrzył na mnie z urzędowym zmęczeniem, zmienił twarz po pierwszych dziesięciu minutach nagrań.
Sprawę śmierci Lili wznowiono.
Okazało się, że dzień wypadku miał więcej dziur niż oficjalny raport. Świadek, starszy pan z kiosku przy przejściu, mówił wcześniej, że widział grupę dzieci biegnącą za jakąś dziewczynką. Nikt go nie przesłuchał dokładnie. Kamera sklepu po drugiej stronie ulicy „nie działała”, ale właściciel, naciskany przez policję, przyznał, że nagranie było, tylko nikt go nie poprosił.
Na filmie widać było Lilę.