Szafka pachniała jej perfumami, a dyrektor patrzył na mnie tak, jakby chciał, żebym nigdy nie zobaczyła tego, co było w środku
„Proszę pani, naprawdę lepiej będzie, jeśli najpierw usiądziemy w gabinecie” — powiedział dyrektor Wolski, stając przede mną na korytarzu szkoły jak strażnik przed zamkniętą bramą.
Nie usiadłam.
Stałam w zimnym, pustym korytarzu gimnazjum, w płaszczu narzuconym na dres, z włosami związanymi byle jak i z sercem, które od trzech tygodni nie biło normalnie. Po obu stronach wisiały plakaty z uśmiechniętymi dziećmi, hasła o życzliwości, konkursach i bezpieczeństwie. Na jednym z nich ktoś narysował markerem małe skrzydła obok słowa „empatia”. Chciałam zerwać ten plakat ze ściany.
Moja córka nie żyła.