Najpierw poczułam zapach jej waniliowej mgiełki do włosów. Ten sam, który jeszcze trzymał się poduszki w jej pokoju. Musiałam oprzeć dłoń o metalową krawędź szafki, żeby nie upaść.
W środku wisiała bluza Lili, ta szara, z rękawami za długimi o kilka centymetrów. Na półce leżały trzy zeszyty, piórnik z kotem, plastikowy pojemnik po kanapce i nasza fotografia. Selfie z zeszłego lata. Ona przytulona do mnie policzkiem, ja z ręką na jej ramieniu. Lila przerobiła swoje zdjęcie na czarno-białe, bo mówiła, że wtedy wygląda „bardziej filmowo”.
Za fotografią była koperta.
Na niej jej pismem napisano:
„Dla mamy. Tylko dla mamy. Jeśli dorośli znowu powiedzą, że przesadzam.”
Nie pamiętam, czy wydałam jakiś dźwięk.
Pani Ewa położyła mi rękę na ramieniu.
„Niech pani przeczyta w domu” — szepnęła. „Ale najpierw proszę zobaczyć to.”
Wyjęła spod bluzy mały pendrive przyczepiony do breloczka w kształcie gwiazdy.
Wolski ruszył naprzód.
„To powinno trafić do sekretariatu.”
Zacisnęłam pendrive w dłoni.
„Nie.”
„Pani Anno, jeśli znajdują się tam materiały dotyczące szkoły—”
„To tym bardziej nie trafi do pana.”
Marta Sokołowska nagle zmieniła ton.
„Może tam być coś, co skrzywdzi inne dzieci. Proszę pomyśleć rozsądnie.”