Godność.
Chciałam krzyczeć. Chciałam spytać, gdzie była ich godność, kiedy moja trzynastoletnia córka przez ostatnie tygodnie wracała do domu coraz cichsza, z twarzą schowaną pod kapturem, mówiąc: „Mamo, jestem tylko zmęczona”. Gdzie była godność, kiedy przestała jeść śniadania. Kiedy w nocy słyszałam, jak płacze w łazience, a rano uśmiechała się tym swoim dzielnym, nieprawdziwym uśmiechem.
Myślałam, że to żałoba po ojcu.
Mój były mąż, Tomasz, odszedł od nas dwa lata wcześniej do młodszej kobiety, ale potem nagle zachorował i zmarł. Lila udawała, że nic jej to nie zrobiło. Ja też udawałam. Byłyśmy dwiema aktorkami w ciasnym mieszkaniu, grającymi przed sobą rolę silniejszych, niż byłyśmy naprawdę.
„Otwórzmy szafkę” — powiedziałam.
Pani Ewa spojrzała na dyrektora.
Ten nie kiwnął głową. Nie musiał. Przegrał w chwili, kiedy Marta Sokołowska pojawiła się na korytarzu zbyt szybko.
Szafka Lili była numer 217.
Niebieska farba przy zamku była zdrapana. Na drzwiczkach ktoś kiedyś nakleił małą naklejkę z księżycem, którą Lila dostała ode mnie na szkolnym kiermaszu. Pamiętałam, jak przykleiła ją z powagą, mówiąc: „Żeby nawet tu było trochę nieba.”
Pani Ewa wsunęła klucz.
Zamek kliknął.
Drzwiczki otworzyły się z cichym jękiem.