„To znaczy, że pani córka była w trudnym wieku. Była wrażliwa. Dzieci czasem dramatyzują.”
Poczułam, jak w środku coś mi twardnieje.
„Moja córka zginęła pod kołami samochodu, wracając ze szkoły.”
„Tak. To był wypadek.”
„A pan właśnie powiedział, że dramatyzowała.”
Wolski odwrócił wzrok.
Za jego plecami pojawiła się kobieta w eleganckim beżowym płaszczu. Rozpoznałam ją od razu. Marta Sokołowska. Matka Klary, najpopularniejszej dziewczynki w klasie Lili, przewodnicząca rady rodziców, sponsorka szkolnego remontu sali gimnastycznej. To ona stała na pogrzebie dwa rzędy za mną, z twarzą pełną sztucznego smutku, a potem wyszeptała do innej matki, że „niektóre dzieci są zbyt kruche na dzisiejszy świat”.
„Pani Anno” — powiedziała teraz słodko. „Może naprawdę lepiej nie robić sceny. Dzieci zaraz skończą lekcje.”
Spojrzałam na nią.
„Moje dziecko już nie skończy żadnej lekcji.”
Jej twarz zgasła na ułamek sekundy, po czym znów wrócił ten gładki, wyćwiczony wyraz.
„Właśnie dlatego powinniśmy zachować godność.”