„Panie dyrektorze, obiecałam Lili.”
Te trzy słowa przecięły korytarz.
Obiecałam Lili.
Kolana prawie się pode mną ugięły. Od pogrzebu nikt nie mówił o niej tak, jakby jeszcze przed chwilą była osobą, nie wspomnieniem. Wszyscy używali tonów ostrożnych, pogrzebowych, zaokrąglonych. „Państwa strata.” „To dziecko.” „Aniołek.” „Nie ma słów.”
Ale pani Ewa powiedziała jej imię tak, jakby Lila nadal siedziała w trzeciej ławce przy oknie, poprawiała włosy za ucho i rysowała gwiazdki na marginesach zeszytu.
„Co pani jej obiecała?” — zapytałam.
Wychowawczyni spojrzała na mnie, potem na dyrektora.
„Że jeśli coś jej się stanie, dam to pani.”
Korytarz nagle stał się za wąski.
„Jeśli coś jej się stanie?” — powtórzyłam.
Wolski natychmiast wtrącił się ostrym głosem:
„Pani Ewo, proszę uważać na słowa.”
Odwróciłam się do niego.
„Co to znaczy?”