A oni wciąż mieli na ścianach kolorowe hasła o empatii.
Pani Ewa, wychowawczyni Lili, stała obok mnie z kluczem w drżącej dłoni. Miała czerwone oczy. Kiedy zadzwoniła godzinę wcześniej, jej głos był tak cichy, że prawie go nie poznałam.
„Pani Anno… Lila zostawiła coś dla pani w swojej szafce. Proszę natychmiast przyjechać do szkoły. I proszę nikomu nie mówić, dopóki pani tego nie zobaczy.”
Nie pytałam dlaczego. Nie miałam już siły pytać świata o wyjaśnienia.
Przyjechałam.
A teraz dyrektor Wolski, ten sam człowiek, który na pogrzebie ściskał moją dłoń i mówił: „To niewyobrażalna tragedia, ale szkoła zrobiła wszystko, co mogła”, stał przede mną z twarzą napiętą jak człowiek, który boi się nie mojego bólu, tylko mojej wiedzy.
„Chcę otworzyć szafkę mojej córki” — powiedziałam.
„Rozumiem pani emocje.”
„Nie. Nie rozumie pan.”
Wolski zacisnął usta.
„Szafka jest własnością szkoły. Musimy zachować procedury.”
Pani Ewa zrobiła krok naprzód.