Usiadłam w Pokoju Lili przy oknie. Na stoliku leżał zeszyt, do którego dzieci mogły wpisywać myśli. Nie czytałam cudzych zwierzeń. Przewróciłam tylko na pierwszą stronę.
Było tam zdanie zapisane ręką pani Ewy:
„Ten pokój powstał, bo jedna dziewczynka zostawiła prawdę tam, gdzie dorośli bali się zajrzeć.”
Wyjęłam z torby naszą fotografię. Tę z szafki. Ja i Lila, policzek przy policzku, jej pół twarzy w czerni i bieli, mój uśmiech jeszcze nieświadomy przyszłości.
Postawiłam ją na półce.
„No dobrze, córeczko” — szepnęłam. „Nie pozwoliłam im pójść dalej.”
Za oknem dzieci wybiegły na boisko. Ktoś się śmiał. Ktoś krzyczał czyjeś imię. Życie, bezczelne i piękne, toczyło się dalej.
Przez chwilę zabolało mnie to tak mocno, że musiałam zamknąć oczy.
A potem poczułam coś, czego nie czułam od dnia jej śmierci.
Nie ulgę.
Nie radość.
Spokój.