– To moje – powiedziała Karolina za szybko.
Policjant podniósł pudełko.
W środku, na białej poduszeczce, leżał medalik z Matką Boską i wygrawerowanym z tyłu imieniem:
Zosia.
Data chrztu.
Moja ręka zacisnęła się na kocyku córki.
– To prezent od mojej mamy dla mojego dziecka – powiedziałam. – Zniknął dziś po chrzcinach.
Halina ruszyła do przodu.
– Oddaj pan to! To rodzinne złoto!
Policjant odsunął rękę.
– Proszę się cofnąć.
– Ja jestem babcią!
– A ja zabezpieczam przedmiot, co do którego zgłoszono możliwą kradzież.
Damian pobladł.
– Klaudia, nie rób z medalika sprawy karnej.
Spojrzałam na niego powoli.
– Zrobiłeś sprawę z tego, że urodziłam córkę. Ja zrobię sprawę z tego, że twoja matka i siostra ją okradły.
Karolina zaczęła płakać.
– To mama mi dała! Powiedziała, że Zosia i tak nie będzie pamiętać, a Kubusiowi potrzebne!
Halina syknęła:
– Zamknij się, idiotko.
Za późno.
Policjant spojrzał na drugiego funkcjonariusza.
– Proszę to zanotować.
W mieszkaniu zaczęło się pakowanie. Nie moje. Ich. Policjanci kazali Karolinie zebrać rzeczy, a ja stałam na korytarzu z Zosią i patrzyłam, jak z mojego domu wynoszą brudne torby, butelki, cudze kurtki i popielniczkę, której nigdy nie kupiłam.
Jeden z mężczyzn próbował żartować: