Nie odpisałam od razu.
Najpierw powiększyłam zdjęcie.
Salon sukien znałam dobrze. „Biała Szpilka” przy jednej z bocznych ulic w centrum Torunia. To tam zamawiałam swoją suknię. To tam pani Grażyna, właścicielka, poprawiała mi koronkowe rękawy i mówiła, że wyglądam jak spokojna panna młoda, taka, która będzie miała szczęśliwe małżeństwo.
Na zdjęciu Weronika stała w mojej przymierzalni.
Nie podobnej.
Mojej.
W tle, na wieszaku, wisiała kartka z nazwiskiem:
Maja Kaczmarek.
Tylko ktoś przekreślił długopisem „Maja” i dopisał niżej:
Weronika.
To było tak bezczelne, że aż przestało boleć.
Napisałam:
Pięknie wyglądasz. Długo jeszcze?
Odpisała natychmiast:
Nie bądź zła, to niespodzianka. Tymon mówi, że musimy ci coś dzisiaj wyjaśnić. Przyjedziesz do nas wieczorem?
Do nas.
Nie „do ciebie”.
Nie „do mieszkania”.
Do nas.
Usiadłam na ławce przy przystanku i przez minutę pozwoliłam sobie nic nie robić.
Nie płakać.
Nie planować.
Nie dzwonić.
Tylko oddychać.
Potem otworzyłam kontakty.
Najpierw zadzwoniłam do mamy.
— Mamo, pamiętasz naszyjnik z diamentowym listkiem?
— Oczywiście.
— Weronika go nie zgubiła. Ma go na sobie w sukni ślubnej.
Mama zamilkła.