Moja mama nie była kobietą, która robiła sceny. Przez całe życie prowadziła małą księgarnię i umiała mówić cicho nawet wtedy, gdy ktoś próbował ją oszukać.
— Maju — powiedziała po chwili — czy mam przyjechać?
— Nie. Potrzebuję paragonu i certyfikatu.
— Mam wszystko w pudełku.
— Zrób zdjęcia. Teraz.
Potem zadzwoniłam do pani Grażyny z salonu.
Nie podniosłam głosu. Powiedziałam tylko:
— Chciałabym potwierdzić, kto dziś przymierza suknię zamówioną na moje nazwisko.
Po drugiej stronie zapadła cisza tak długa, że wiedziałam już, iż odpowiedź jest zła.
— Pani Maju, pani narzeczony prosił, żebyśmy nic nie mówiły. Powiedział, że to sesja niespodzianka, że pani wie…
— Czy Weronika Lis ma na sobie moją suknię?
— Nie dokładnie pani. To drugi egzemplarz, ale opłacony z pani zaliczki. Pan Tymon mówił, że to wspólna decyzja.
— Proszę nie wydawać sukni. I proszę zabezpieczyć wiadomości od Tymona.
— Pani Maju, ja…
— Albo będziemy rozmawiać przez prawnika.
Po raz pierwszy tego dnia czyjś oddech po drugiej stronie telefonu zabrzmiał jak strach.
Trzeci telefon wykonałam do Agnieszki, księgowej w firmie mojej ciotki, która pomagała mi uporządkować wydatki weselne. To ja płaciłam większość zaliczek: sala w Ciechocinku, dekoratorka, fotograf, zespół, bus dla rodziny, tort. Tymon zawsze mówił, że dopina kredyt na mieszkanie i odda mi po ślubie.
— Aguś, potrzebuję zestawienia wszystkich przelewów za wesele — powiedziałam.
— Co się stało?
— Tymon robi drugie wesele z Weroniką na moim rachunku.
Nie pytała więcej.
— Godzina i masz plik.
Wieczorem nie pojechałam „do nich”.
Najpierw pojechałam do mieszkania, które miało być nasze.
Drzwi otworzył Tymon.
Miał na sobie tę samą koszulę, w której widziałam go na zdjęciu z salonu. Rękawy podwinięte, włosy ułożone, twarz mężczyzny, który przygotował przemówienie.
Za nim stała Weronika.
Już nie w sukni. W kremowym swetrze, z kubkiem herbaty w dłoni. Na szyi wciąż miała mój naszyjnik.
— Maju — zaczęła miękko — dobrze, że przyszłaś.
Weszłam do środka i rozejrzałam się.
Na naszym stole stały trzy kieliszki, butelka wina i pudełko z restauracji, którą lubiłam. Na kanapie leżał katalog podróży poślubnych. Grecja. Włochy. Madera.
Na oknie wisiały próbki zasłon, o których Tymon mówił mi podczas wideorozmowy w Poznaniu.
— Siadaj — powiedział.
— Wolę stać.
Weronika odstawiła kubek.
— Wiem, że to wygląda źle.
Zaśmiałam się.
Krótko. Bez radości.
— Która część? Zdjęcia ślubne? Moja suknia? Mój naszyjnik? Czy to, że mówisz „do nas” w mieszkaniu, do którego ja kupiłam połowę mebli?
Tymon podniósł rękę.
— Daj nam wytłumaczyć.
— Wam?
Weronika spojrzała na niego, potem na mnie. Miała w oczach łzy, ale twarz była zbyt spokojna. Ćwiczyła.
— To nie było planowane — powiedziała. — Po prostu się stało. My się kochamy, Maja. Walczyliśmy z tym.
— W sesji na plaży też walczyliście?
Tymon skrzywił się.
— Nie bądź okrutna.
To zdanie prawie mnie rozbroiło.
Nie dlatego, że było celne.
Dlatego, że było absurdalne.
— Ja?
— Chcieliśmy powiedzieć ci po ślubie cywilnym — powiedziała Weronika szybko. — Żeby nie było skandalu przed rodziną. Wszystko i tak było już opłacone, więc pomyśleliśmy…
— Że szkoda marnować salę?
Nie odpowiedziała.
Tymon zrobił krok w moją stronę.
— Maja, nasz ślub i tak od dawna był bardziej planem niż uczuciem. Ty ciągle pracujesz, jesteś kontrolująca, wszystko zapisujesz, tabelki, przelewy, umowy. Z Weroniką jest inaczej.
— Wiem — powiedziałam. — Ona nie sprawdza faktur, zanim założy cudzy naszyjnik.
Weronika dotknęła łańcuszka odruchowo.
— Oddam go.