Część 1
Przed świtem lasy w Georgii nadal należały do umarłych.
W to właśnie uwierzyła Ayana przez lata po tym, jak żołnierze wypędzili jej ludzi na zachód. W godzinę przed wschodem słońca, gdy pnie sosen stały czarne i bezkresne, a mgła znad rzeki Chattahoochee unosiła się bladymi wstęgami, niemal słyszała, jak poruszają się między drzewami. Jej matkę. Jej siostry. Jej ojca, który zmarł przed wywózką, ale którego nieobecność go przed nią nie uchroniła. Staruszki, które kiedyś śpiewały, mieląc kukurydzę. Dzieci, które przestały płakać gdzieś na zamarzniętej drodze do Terytorium Indiańskiego, bo ich małe ciała w końcu straciły ciepło.
Biali nazywali to usuwaniem, jakby lud był krzakami, które trzeba wykarczować z pola.
Ayana wiedziała lepiej.