Maëlys zmarszczyła brwi.
„Do twojego salonu? Przestań zachowywać się jak wielka dama. Antoine powiedział mi, że wszystko należy do niego”.
Claire powoli odwróciła głowę w jej stronę.
„Antoine kłamie, kiedy się boi. A często się boi”.
Młoda kobieta zesztywniała, ściskając podarte brzegi sukienki przy biodrach. Jej pewność siebie zaczynała się kruszyć równie mocno, jak satyna.
„Chcesz poznać prawdę?” – kontynuowała Claire. „To mieszkanie należy do agencji nieruchomości Marceau-Lenoir”. Posiadam 80%. Pozostałe 20% należy do mojej siostry. Antoine nigdy nie zapłacił tu ani jednego miesięcznego czynszu. Nawet miejsce parkingowe, na którym parkuje jego samochód, jest na moje nazwisko.
Maëlys spojrzała na Antoine’a, jakby ziemia właśnie usunęła się spod jej stóp.
„Co?”
Antoine rozłożył ręce.
„To nie takie proste”.
„Tak” – powiedziała Claire. „To bardzo proste”.
Wstała i podeszła do orzechowej kredensu. Otworzyła szufladę, wyjęła tekturową teczkę i położyła ją na stoliku kawowym. Antoine zbladł.
„Nie, Claire…”
„Rozpoznajesz ją?”
Nie odpowiedział.
Otworzyła teczkę. W środku znajdowało się kilka wyciągów bankowych, kopie faktur, wydrukowane e-maile i odręczna notatka z firmy księgowej, którą zatrudniła miesiąc wcześniej.
Maëlys cofnęła się.
„O co chodzi?”
„Dlatego Antoine poci się odkąd przyjechał” – odpowiedziała Claire. „Nie martwi się o ciebie. O mnie też się nie martwi. Chodzi o te akta”.
Antoine podszedł gwałtownie.
„Kazałeś mnie obserwować?”
Claire wpatrywała się w niego.
„Nie. Sprawdziłam rachunki mojej firmy. I znalazłam twoje nazwisko wszędzie, gdzie nie powinno go być”.
Mina Antoine’a posmutniała. Nie był już tym przystojnym mężczyzną, który śmiał się zbyt głośno w restauracjach, ani czarującym konsultantem, który podawał rękę na koktajlach. Znów był małym chłopcem przyłapanym na gorącym uczynku.
„Chciałem ci powiedzieć”.
„Oczywiście”.
„Planowałem to spłacić”.
„Z czego?” 12 000 euro, które wpłaciłeś jako „koszty poszukiwań” na weekend w Deauville? A może 4800 euro za „pracę zewnętrzną”, która opłaciła ten pierścionek?
Maëlys instynktownie sięgnęła po palec. Pierścionek zalśnił w świetle lamp w salonie, nagle mniej romantyczny, wręcz brudny.
„Zapłaciłaś za mój pierścionek jego pieniędzmi?” zapytała.
Antoine odwrócił się do niej zirytowany.
„To nie jest odpowiedni moment”.
„Nigdy nie jest odpowiedni moment, żeby kłamać” – syknęła Claire.
Wzięła kolejną kartkę papieru.
„A to, Maëlys, dotyczy również ciebie”.
Młoda kobieta zbladła.
„Ja?”
„Twoje prawdziwe nazwisko to nie Maëlys Kergoat. To Maëlys Duhamel”. Byłaś stażystką w agencji, w której pracował Antoine, zanim został po cichu zwolniony. Obiecał ci posadę w mojej firmie, prawda?
Maëlys otworzyła usta, ale nie wydobyła z siebie ani słowa.
Claire trafiła w sedno.
Antoine w końcu wybuchnął.
„Dość! Nie możesz tak do mnie mówić! Jesteśmy małżeństwem!”
„Dokładnie” – powiedziała Claire. „Dlatego siedziałam, zamiast dzwonić na policję, gdy tylko zobaczyłam transfery”.
W masce Antoine’a pojawiła się rysa. Prawdziwa. Jego oczy wypełniły się nie wyrzutami sumienia, lecz paniką.
„Claire, kocham cię”.
Zaśmiała się cicho, bez radości.
„Nie. Uwielbiałaś to, co umożliwiłam”.
Zrobił krok w jej stronę.
„Popełniłem błąd”.
„Sześć miesięcy kłamstw to nie błąd. To zorganizowane”.
Maëlys tymczasem zdawała się kurczyć. Cała jej buntownicza postawa zniknęła. Spojrzała na Antoine’a tak, jak patrzy się na rozpadającą się fasadę, odsłaniając kryjącą się za nią pleśń.
„Przysięgałeś mi, że się rozwiedziesz” – mruknęła. „Przysięgałeś, że kupisz dom w Saint-Malo”.
„Zamknij się, Maëlys”.