Później dowiedziałam się, co wydarzyło się w ciągu dziewiętnastu minut od mojego wyjścia.
Lucian został przy stole, próbując obrócić to wszystko w żart.
„Daj spokój, mamo. Jutro będzie po wszystkim”.
Margareta wciąż była w ekstazie.
„Dokąd on pójdzie? Za piętnaście lat? Zobaczy, jak to jest być samemu”.
Wtedy Lucien uniósł kieliszek.
Pił przez większość popołudnia, jadł bardzo mało i ignorował pewne objawy, które ukrywał przede mną od kilku dni. Powiedział, że jest zmęczony po pracy i nie potrzebuje lekarza.
Ale tego wieczoru jego ciało przestało się liczyć z dumą.
Wstał od stołu i stracił równowagę.
Szklanka wyślizgnęła mu się z ręki i rozbiła.
„Lucien?” krzyknęła Margaretha.
Próbował odpowiedzieć, ale utknął na krawędzi stołu.
Po czym upadł.
Po kilku sekundach taras, gdzie wszyscy się ze mnie śmiali, wypełnił się krzykami.
Ktoś zadzwonił pod numer 112.
Margareta pochyliła się nad synem i zaczęła krzyczeć:
— Zadzwoń do Oany! Gdzie jest Oana?!
Kuzyn dzwonił do mnie trzy razy.
Nie słyszałem telefonu.
Byłem już w autobusie do Braszowa, z torbą obok i teczką z przesłuchaniem przyciśniętą do piersi.
Dopiero jak wysiadłam, zobaczyłam telefony.
Zadzwoniłam ponownie.
— Oana, chodź szybko! Lucian zemdlał! Karetka wiezie go do szpitala!
Zamknęłam na chwilę oczy.
Kilka godzin wcześniej rzuciłabym wszystko i pobiegłabym do niego.
Robiłam to od piętnastu lat.
„Do którego szpitala go zabierają?”
Powiedzieli mi.
„Dobrze. Mam nadzieję, że nic mu nie jest”.
Po drugiej stronie linii zapadła cisza.
„Nie idziesz?”
Spojrzałam na teczkę, którą trzymałam w ręku.
„Nie dziś wieczorem”.
„Ale to twój mąż!”
„Wiem. I ma ze sobą prawie trzydzieści osób. Kiedy potrzebowałam, żeby chociaż jedna z nich powiedziała „dość”, nikt się nie odezwał”.
Rozłączyłam się.
Nie dlatego, żebym chciała, żeby coś mu się stało.