To, że po każdej pielgrzymce prał swoje rzeczy sam, czego nigdy wcześniej nie robił. Bogdan, który przez trzydzieści lat zostawiał brudne skarpetki obok kosza, nagle po powrocie wrzucał torbę do pralki, zanim zdążyłam ją otworzyć.
To, że na telefonie zmienił kod PIN. Kiedyś oboje mieliśmy ten sam – rocznik Patryka – a pół roku temu stwierdził, że “lepiej mieć różne, bo bezpieczniej”. A teraz pomyślałam, że bezpieczniej – ale dla kogo.
Bogdan wrócił w czwartek wieczorem. Spokojny, lekko zmęczony, z tą swoją miną człowieka, który dobrze wykorzystał czas.
– Jak było? – zapytałam z kuchni.
– Dobrze. Spokojnie. Dużo ludzi w tym roku.
– W Licheniu?
– No, w Licheniu. Jolka, dasz mi spokój? Zmęczony jestem.
Jadł rosół w milczeniu. Siedziałam naprzeciwko i patrzyłam, jak łamie chleb i macza go w zupie – ten sam gest od trzydziestu lat. Te same ręce. I jednocześnie ktoś zupełnie obcy.
Nie zapytałam go tego wieczoru. Ani następnego dnia. Przez tydzień chodziłam po mieszkaniu jak zwykle – szyłam, gotowałam, rozwieszałam pranie. Bogdan nic nie zauważył, bo Bogdan nigdy nie zauważał.
Prawdę powiedziałam mu dopiero w następny piątek, znowu przy rosole. Wybrałam piątek, bo rosół dawał zajęcie rękom i oczom.
– Celina widziała cię w Kołobrzegu – powiedziałam spokojnie, jakbym mówiła o pogodzie. – Na molo. W środę. Z kobietą.
Bogdan przestał jeść. Łyżka zawisła w powietrzu na sekundę, może dwie. Potem odłożył ją powoli, jak człowiek, który ma czas.
– Celina się pomyliła – powiedział.
– Celina ma słabe nerki, ale wzrok jak sokół. I znała twoją kurtkę.
Cisza. Zegar w przedpokoju tykał tak głośno, że pomyślałam, że nigdy wcześniej go nie słyszałam.
– To nie jest to, co myślisz – powiedział w końcu.
– A co ja myślę, Bogdan?
– To znajoma. Z dawnych lat. Spotkaliśmy się przypadkiem.
– Przypadkiem. W Kołobrzegu. Kiedy miałeś być w Licheniu.
Nie odpowiedział. Wstał od stołu, zaniósł talerz do zlewu i stał tam przez chwilę, plecami do mnie, opierając ręce o blat. Patrzyłam na te plecy – szerokie, trochę zgarbione, w koszuli w kratę, którą mu sama uszyłam trzy lata temu – i myślałam, że powinnam coś czuć. Wściekłość. Ból. Rozpacz. A czułam głównie zmęczenie i dziwną jasność, jakby ktoś zapalił światło w pokoju, w którym długo siedziałam po ciemku.
– Jak ona ma na imię? – zapytałam.
– Jolka…
– Jak ma na imię. To chyba mogę wiedzieć.