– Teresa – powiedział cicho, nie odwracając się.
Teresa. Zwyczajne imię. Skinęłam głową, chociaż Bogdan tego nie widział.
Nie krzyczałam. Nie płakałam. Nie rzucałam talerzami. Wstałam, umyłam swój talerz, wytarłam ręce ściereczką i powiedziałam:
– Ja idę do siebie szyć. Rosół jest w garnku.
I poszłam. Zamknęłam drzwi pokoju, usiadłam przy maszynie i przez dwie godziny podszywałam podszewkę w żakiecie pani Kowalskiej. Ręce mi się trzęsły, ale szwy wychodziły proste. Trzydzieści lat praktyki robi swoje.
Bogdan zapukał koło dziesiątej.
– Jolka, porozmawiajmy.
– Nie dzisiaj – powiedziałam przez drzwi. – Dzisiaj muszę skończyć żakiet.
Następnego dnia też nie rozmawialiśmy. Bogdan chodził po mieszkaniu ciszej niż zwykle, zmywał po sobie naczynia, wynosił śmieci bez przypominania.
W sobotę, dwa tygodnie po telefonie Celiny, siedziałam na balkonie z kawą. Był maj, bzy na osiedlu kwitły tak intensywnie, że zapach wchodził aż na czwarte piętro.
Bogdan wyszedł na balkon i stanął obok. Nie usiadł – nie było drugiego krzesła, bo balkon był za mały na dwa.
– Mogę tu postać? – zapytał.
– Balkon jest wspólny – odpowiedziałam.
Staliśmy i siedzieliśmy w milczeniu. Gdzieś na dole dziecko jeździło na rowerze i skrzypienie łańcucha mieszało się z głosami sąsiadek o cenach pomidorów.
– Zamierzam z nią skończyć – powiedział Bogdan.
Piłam kawę i nie odpowiedziałam.
– Jolka, słyszysz? Mówię, że kończę.
– Słyszę, Bogdan. – Odstawiłam kubek na parapet. – Tylko że to nie zmienia tego, że przez dwa lata wychodziłeś z domu z torbą i kłamałeś mi prosto w twarz. I nie zmienia tego, że gdyby Celina nie pojechała do sanatorium, to byś kłamał dalej.
Bogdan milczał. Bo co miał powiedzieć? Że nie? Oboje wiedzieliśmy, że tak.
Nie podjęłam żadnej wielkiej decyzji tego dnia. Nie wyrzuciłam Bogdana, nie pojechałam do prawnika, nie zadzwoniłam do dzieci z płaczem. Następnego dnia poszłam na długi spacer nad Brdą, sama, bez telefonu.
Patrzyłam na wodę i myślałam, że przez trzydzieści lat budowałam coś, co uważałam za solidne. A teraz muszę zdecydować, czy to, co zostało, da się naprawić, czy lepiej postawić coś nowego. I że ta decyzja nie musi zapaść dzisiaj.
Żakiet pani Kowalskiej skończyłam w poniedziałek. Szwy były idealne.