“Chcemy przepisać działkę na Renatkę. Żeby miała coś swojego. Żeby mogła tam pojechać latem z dziećmi, odpocząć. Rozumiesz?”
Działka. Sześćset metrów pod Siedlcami, z drewnianym domkiem, który tato budował własnymi rękami przez trzy lata. Porzeczki, jabłoń, grządki z pomidorami. Miejsce, gdzie spędzałam każde wakacje dzieciństwa. Gdzie mój Darek oświadczył mi się dwadzieścia osiem lat temu – na tej drewnianej ławce pod jabłonią, z komarem na szyi i pierścionkiem z Peweksu.
“A ja?” – zapytałam cicho.
“Jolciu, ty masz mieszkanie, masz Darka, pracę. Renata nie ma nic. Zrób to dla rodziny.”
Zrobiłam.
U notariusza w Siedlcach podpisałam oświadczenie, że nie wnoszę roszczeń. Mama podpisała akt darowizny. Renata płakała i mówiła, że nigdy tego nie zapomni. Tato stał z boku i patrzył w okno, i coś mi mówi, że on jeden wiedział, jak to się skończy, ale nie miał siły walczyć z mamą. Nigdy nie miał.
Przez pierwszy rok Renata rzeczywiście jeździła na działkę. Wstawiała zdjęcia na Facebooka – grządki, Zosia z Kubą na hamaku, zachód słońca. Komentowałam serduszkami. Naprawdę się cieszyłam. Tłumaczyłam sobie, że dobrze zrobiłam. Że siostra potrzebowała tego bardziej.
Potem zdjęcia się skończyły. Pytałam mamę, czy Renata jeździ. “Jeździ, jeździ, nie zawracaj głowy.”
A potem była ta sobota na parkingu.
Renata zobaczyła mnie, zanim zdążyłam odwrócić wzrok. Podeszła z uśmiechem.
“Jolka! Podoba ci się? – poklepała maskę Hyundaia. – Wzięłam go w zeszłym tygodniu. Prawie nówka, rocznik ubiegły.”
“Fajny” – powiedziałam, a w gardle miałam coś twardego jak orzech. “Skąd…?”
“Sprzedałam działkę. No co tak patrzysz? Jolka, ja tam nie jeżdżę, dzieci nie chcą, domek się sypie. A samochód mi jest potrzebny do pracy, do dowożenia Kuby na treningi.”
Stałam z tymi reklamówkami i nie potrafiłam wydusić słowa. Nie dlatego, że nie miałam argumentów. Miałam ich za dużo. Tyle, że każdy z nich zaczynał się od “ale mama powiedziała, że…” – i każdy brzmiał jak zdanie dziecka, które przegrało kłótnię o zabawkę.
Wieczorem zadzwoniłam do mamy.
“Mamo, Renata sprzedała działkę.”
Cisza. Długa cisza. A potem:
“Wiem, Jolciu.”
“Wiesz?”
“Renata mi powiedziała miesiąc temu. Potrzebowała samochodu.”
Miesiąc. Mama wiedziała od miesiąca i ani razu nie zadzwoniła. Nie zapytała, co ja o tym myślę. Nie powiedziała – “Jolciu, przepraszam, źle to rozegrałam.”