Camille doszła do korytarza, ale złapał ją za ramię, zanim zdążyła dosięgnąć drzwi wejściowych.
„Puść mnie.”
„Nie ruszaj się.”
„Ranisz mnie.”
„Gdybyś tylko mógł to zrozumieć.”
Camille walczyła.
Jej elegancja zniknęła całkowicie.
Była inną kobietą.
Bardziej realną.
Bardziej brzydką.
Z ostrym głosem, jadowitym spojrzeniem i niemal zwierzęcą paniką.
„Wszystko musiało być moje!” – warknęła. Ten dom, twój czas, twoje pieniądze, twoja uwaga. Zawsze ona! Zawsze twoje odwołane kolacje, bo „Mama źle się czuje”. Zawsze jej zdanie, jej obecność, jej cień w naszym małżeństwie!
„Była moją matką.”
„Była przeszkodą.”
Adrien gwałtownie ją puścił.
„Nie ze słabości.
Z obrzydzenia”.
Camille na sekundę straciła równowagę, wyprostowała się i spojrzała na niego płonącym wzrokiem.
„Nic nie rozumiesz. Budowałam twój wizerunek. Organizowałam twoje imprezy. Przedstawiałam cię odpowiednim osobom. Sprawiłam, że twoje imię stało się eleganckie, czyste, godne szacunku. I wiesz, co widziałem za każdym razem, gdy tu wchodziłem? Starszą kobietę siedzącą pośrodku wszystkiego, przypominającą ci, skąd pochodzisz, uniemożliwiającą ci bycie mężczyzną, zanim zostałeś synem”.
Adrien wpatrywał się w nią.
„Właśnie mi przypomniałeś, dlaczego nie widziałem, kim jesteś”.
Camille się roześmiała.
Ale śmiech uwiązł jej w gardle.
„Bo nie chciałeś widzieć. To nie to samo”.
Karetka przyjechała przed policją.
Ratownicy medyczni szybko weszli i ułożyli Madame Madeleine na noszach.
Czasami była przytomna.
Gdy prowadzili ją w stronę wejścia, szukała Adriena.
Podszedł natychmiast.
Pani Madeleine z delikatną siłą chwyciła go za nadgarstek.
„Nie pozwól jej… dotykać moich rzeczy”.